Rodzimy się. Pierwszy krzyk, pierwszy łyk powietrza, pierwszy dzień życia. Pieszczoty, czułości i miłość. Miłość z zewnątrz, miłość z wewnątrz. Nie rozumiemy jej, nie staramy się. Żyjemy nią. Zachwyca nas każdego dnia, każdego spojrzenia, każdej chwili. Mama – przejaw miłości. Mama – miłość. Mama – ja. Miłość – ja. Jedno. Przychodzi jednak chwila, lub my podróżujemy ku niej, chwila oddzielenia. Chwila ucieczki od jedności. Negacja. Negujemy siebie dotychczasowego, negujemy świat, który znamy i który nas kocha. Po co? Po co pozbywać się miłości i bezpieczeństwa? Głupcy! Głupcy? Negujemy, by potwierdzić. Negujemy, by poprzez zaprzeczenie, potwierdzić różnicę potwierdzić inność. Pragnienie inności w nas wygrywa. Chcemy być inni i chcemy tą inność pokazać. Jesteśmy inni i uświadamiamy sobie tą inność. Negujemy obawiając się, że tożsamość, z której wyrastamy, zaprzeczy naszej inności. Z lęku o własną inność, negujemy inność innego. Wyśmiewamy. Opluwamy. Szydzimy. Negujemy. Z drugiej strony inność, która była jednością: mama. Z rozdartym sercem z rozdartym umysłem, nie rozumie racji serca i racji umysłu. Chce jedności z nami i wie jednocześnie i czuje jednocześnie nieuchronność i konieczność rozdarcia. Akceptowała jedność mimo pragnienia inności.
Akceptuje inność mimo pragnienia jedności.


Fot by Nigel Barke