Kęckie muzeum

Nie całkiem dawno byłam z moją Z. w Kętach w sobotnie przedpołudnie. Mając całą masę czasu spacerowałyśmy po Rynku i z nudów stwierdziłam, że pokażę jej muzeum. W końcu jest i jest częścią naszej lokalnej historii i jeszcze mogłam przekazać jej więcej niż wytłumaczyć pustymi słowami.


Myślałam, że o ile nie będzie zamknięte i o ile w ogóle ktoś w środku jest i o ile ten ktoś będzie tak miły i sprzeda mi bilety, to pewnie nic ciekawego nie zobaczę i nic się nie nauczę, a Z. wynudzi się jak mops. I co i nie! Nie tak było. Jakie było moje zdziwienie.

Muzeum było otwarte, zgodnie z godzinami otwarcia. Przy wejściu za stoliczkiem urzędował miły, sympatyczny pan, który sprzedał mi – nota bene: za śmieszne pieniądze – dwa bileciki: normalny i ulgowy. Zapalił światła i oprowadził. Pokazał nam każdy eksponat i wszystko, co wiedział, starał się nam w sposób przystępny przekazać. Błam bardzo miło zaskoczona.

Eksponatów jak na tak malutkie muzeum jest dużo. Pokazują różne okresu historii Kęt i okolic. Cieszę się więc widząc, że eksponaty są odnawiane i będą służyć jeszcze może moim wnukom. Podoba mi się więc podjęta i już zakończona inicjatywa odnowy ksiąg (poczytajcie sobie tu).

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie dała dwóch minusików, a właściwie uwag. Malutkich i nakierowanych na poprawę, a nie na krytykę dla samej krytyki.

Po pierwsze proszę nie zakładać, że każdy kto przychodzi do muzeum robi to po raz pierwszy i o historii, zwłaszcza tej lokalnej, nic nie wie. Trochę było mi przykro, że pan przewodnik zaczynał od żenujących podstaw. A drugiej strony – dobrze, rozumiem nie wiadomo z kim się ma do czynienia więc lepiej zacząć od początku. A z trzeciej strony jak ktoś przychodzi do muzeum nawet bez podstaw, to można by go trochę zmusić do wysiłku i wysłać od razu na historyczną, głęboką wodę.

Po drugie, i ważniejsze niż pierwsze, szkoda mi tego, że muzeum nie wykorzystuje swojego potencjału. Nic by się nie stało, gdyby w muzeum odbywały się zajęcia dla dzieci. Np. plastyczno-historyczne. I już na pierwszy rzut mam temat: narysuj Sobieskiego jadącego z odsieczą pod Wiedeń przez Kęty. Dzieci miały by zabawę, a jednocześnie uczyłyby się. A starszym można zaproponować np. kurs kroju i szycia regionalnych strojów. Teraz przecież elementy ludowe w modzie są bardzo pożądane.

Ja pamiętam moją pierwszą wycieczkę do muzeum – a właściwie – nic z niej nie pamiętam. A na pewno takie zajęcia utkwiłyby mi w pamięci.

Pieniądze na takie projekty nie są wymówką, bo jestem pewna, że można pozyskać dofinansowanie do podnoszenia wiedzy dzieciaków czy to z pieniędzy rządowych czy unijnych. Nie są też problemem ludzie tam pracujący, bo patrząc na zapał pana przewodnika to on aż się garnie do opowiadania o tym, co dookoła siebie ma i na pewno we wszystkim pomogliby wolontariusze.

Kilka lat temu moja koleżanka była w Holandii. Po powrocie dzieląc się spostrzeżeniami stwierdziła, że tam muzea tętnią życiem, że matki już z niemowlakami przychodzą do muzeów i po prostu obcują ze sztuką. Dla malucha to już jest bilet ku przyszłości. U nas muzea to grobowce tętniące nudą i dlatego później trudno do sztuki przekonać kogokolwiek. Wydaje mi się, że najwyższy czas to zmienić. Jest już wiele muzeów, które swój potencjał wykorzystują w sposób niekonwencjonalny, by  uczyć poprzez spotkanie ze sztuką i poprzez namacalny z nią kontakt.

Może więc i nasze kęckie muzeum ma szansę bycia muzeum nowoczesnym?