Nie dalej jak tydzień temu koleżanka pożyczyła mi film. Zachwycała się nim. „Tylko pamiętaj potrzebne ci wino i dużo chusteczek” – mówiła. Nie przepadam za romansidłami, choć jaką byłabym kobietą, gdybym ich w ogóle nie oglądała. (Prawie) Każda lubi się wzruszyć nad tragicznymi kolejami miłości. Taki więc film zabrałam i leżał na biurku cały długi tydzień. I pewnie oddałabym go, nawet na niego nie spojrzawszy, wykręcając się czymkolwiek się da, gdyby nie fakt, że nie miałam wieczorem chwilę na relaks.
Tak więc zobaczyłam: „Pamiętnik”.

Oczywiście piękna historia, jakich wiele. Jakby powiedziała moja mama: ładny film. On kocha ją, ona kocha jego. Wszystko piękne i malownicze. I żyli długo i szczęśliwie (wiem, bo on jej czyta książkę już jako stary człowiek).
I nawet nie zmartwiło mnie jak już padła mi bateria. Nie miałam jednak ochoty nic nowego zaczynać, dokończyłam więc ten film. I nawet przez moment nie żałowałam, że poszłam po kabel.
Wzruszająca historia. I pewnie przyznałabym temu filmowi swoje prywatne brawa, ale wcześniej – kilak lat wcześniej – dane było mi widzieć inny film: „Iris”. Poruszający podobne kwestie. Problemów, które wynikając po: „i żyli długo i szczęśliwie”. A przede wszystkim problemu choroby – Alzheimera. Jedna choroba. Dwie kobiety. Dwie miłości. Dwa spojrzenia na tę kwestię.

Być może to kwestia różnicy geograficznej – perspektywa brytyjska i amerykańska – sprawia, że można na tą samą kwestie pokazać w dwóch całkiem innych wymiarach.
Z jednej strony cukierkowa, amerykańska bajka dla dużych dzieci. On – chłopak z prowincji, biedny i o ograniczonych perspektywach, ona – młoda, rozpieszczona córeczka tatusia z bogatego domu. Spotykają się w scenerii iście cukierkowej – na wakacyjnym festynie. Zakochują się i robią masę zwariowanych rzeczy. Jak to nastolatki. Mają w końcu po naście lat. Są młodzi – i cukierkowość tych dni nie razi. Młodzi żyją w swoim cukierkowym świecie. Nie zważają na nic. Nie widzą przed sobą żadnych problemów. I to można wybaczyć.
Gorzej ma się wersja nazwijmy to: refleksyjna, czas współczesne. Starość głównych bohaterów. Tu chciałoby się zobaczyć refleksję, zastanowienie, i znowu jej nie ma. Znowu jest cukierkowo. Różowo z odcieniem szarości. Rażą uproszczenia i boli naiwność.
A w tym wszystkim stwierdzenie dzieci głównych bohaterów, którzy – jak gdyby nigdy nic – przyjeżdżają do domu opieki, spotykają mamę i tatę i zaraz po tym, gdy chora matka ich nie poznaje i odchodzi, stwierdzają: tato zostaw ją i wracaj do domu, ona i tak nas nie poznaje.
Problem miłości i choroby w perspektywie brytyjskiej to „Iris” – historia biograficzna dwojga brytyjskich pisarzy. Poznali się jako młodzi ludzie, zakochali się w sobie, choć ich miłość nie była prosta i przetrwali ze sobą do starości. Nie było łatwo w młodości i nie było też łatwo na starość. Tytułowa Irys cierpiała bowiem na Alzheimera.
Choć oglądałam ten film już stosunkowo dawno w pamięci mam obraz domu wypełnionego stertami gazet i książek, ogólny nie ład. A w tym nieładzie dwoje starych, ale kochających się ludzi. Nie było tam patosu, nie było heroicznej walki o pamięć. Irys nie przypomniała sobie nic. Nie umarli razem, ale razem żyli. Wszystko, co najważniejsze było w ich zwyczajnych, codziennych relacjach. Nie wiem czy padło w tym filmie jedno podniosłe słowo. Nie było ich potrzeba. Ten film wzruszał scenami, wzruszał trudnościami życia.
I wydaje mi się, że choć „Pamiętnik” oglądałam zaledwie wczoraj, a „Iris” już kilka lat temu, to właśnie ten drugi film zapamiętam, to on mnie nauczył czegoś o świecie, o życiu. Pomijam grę aktorską, bo i ona w porównaniu jest zdecydowanie na niekorzyść „Pamiętnika”.
Nie mając więc co robić w zimny, listopadowy wieczór otwórz dobre wino, zabierz ze sobą chusteczki, otul się ciepło kocem i poczytaj książkę, a na „Pamiętnik” nie trać czasu.