4, rocznikowo 5

Mam dziecko. Ma 5 lat. Jak samo powtarza ma 4, a rocznikowo 5, bo urodziny dopiero w grudniu. Więc 4, a rocznikowo 5. A dziesięć dni po urodzinach wszystko się zmieni i będzie pięć, rocznikowo sześć. Znaczy to nie mniej nie więcej, a tylko tyle, że już na rok (i trochę) we wrześniu będę zmuszona posyłać je do szkoły.

Pierwsza wyprawka, pierwsze podręczniki, pierwszy stres. Mój bardziej niż jego. Choć nie martwię się jego psychicznym przygotowaniem i nastawieniem, to jednak martwi mnie mnie ten stan w ogóle. I to z dwóch powodów.

Pierwszy powód domowy. Moje dziecko za szybko dorasta. Buntuję się w sobie na ten stan rzeczy.
Chciałabym mieć go cały czas przy sobie, a tu jeszcze tylko rok, rok który uleci szybciej niż do tej pory mogło mi się wydawać. Moje dziecko chcą nie chcąc będzie musiało zmierzyć się ze światem, a ja będę tylko mogła stać i obserwować.

Po drugie „dzięki” reformie moje dziecko będzie zmuszone rywalizować więcej niż jego starsi i młodsi koledzy. Pójdzie do przepełnionych klas, konkurencja będzie większa. Ze względu na młodszy wiek mniej więcej połowy pierwszoklasistów będzie mieć swój ważny start utrudniony. Będzie musiało zmierzyć się nie tylko ze stresem pójścia do szkoły, ale i ze stresem bycia młodszym pierwszoklasistą.
A później dalej będzie miało pod górkę, bo w końcu większa ilość pierwszoklasistów to trudniejsze dostanie się do szkoły średniej i później na studia.
Jakie mam wyjście z sytuacji? Poczekać rok. Ale wtedy też spotęguję stres mojego dziecka, bo oddzielę go od znajomych których ma w przedszkolu. Nie jestem zwolenniczką wyeliminowania stresu w życiu dziecka. Świat nie jest usłany różami i dziecko powinno być na to stopniowo przygotowywane, ale po co stres zwiększać już na starcie i utrudniać dziecko dalsze życie?