Pamiętam, że postanowiłam nie czytać tej książki i nie oglądać filmu. Postanowiłam to, dokładnie wtedy kiedy wszyscy o książce mówili i się nią zachwycali. Nie czytam z zasady książek, którymi zachwycają się wszyscy, bo znaczy to ni mniej ni więcej, że są jak coś jest dla wszystkich to jest dla nikogo. Trzymałam się tej zasady długo. Niestety przyszedł jednak taki wieczór, kiedy nie bardzo było co robić. Nie byłam jeszcze na tyle zmęczona żeby iść spać, ale zbyt zmęczona na wymagającą lekturę. 

Włączyłam więc TV. Akurat zaczynał się film. PS Kocham Cię. Cmoknęłam z niesmakiem i obejrzałam. 
I skłamałabym mówiąc, że nie płakałam nad losem Holly. Nie stanowiłam tu wyjątku. Większość kobiet z którymi rozmawiałam na temat ryczało. A to trochę z zazdrości o miłość, a to trochę nad własnym losem, a to z wczucia się w Holly. Powodów wiele, usprawiedliwienia żadnego. Bez usprawiedliwienia obejrzałam więc ckliwe romansidło. I jak na romansidło spokojnie film ma ode mnie 9/10. Zachowuje wszelkie normy i konwenanse romansidła. 
Teraz  jednak z nudów i jak stwierdzam obiektywnie z głupoty, i zdecydowanie bardziej z tego, niż z ochoty przeczytałam książkę. Nie było warto. Film mnie poruszył, książka nie wzbudziła żadnych emocji. Może dlatego, że fabułę znałam wcześniej? Choć film diametralnie różni się od książki to jednak chodzi w nim o to samo, o żałobę.  Książce mogę dać co najwyżej 3/10 za pierwszeństwo przed filmem, pomysł i fabułę. Książka traci jednak za brak realizmu, za brak humoru i ckliwość bez romantyzmu. Szkoda, bo zazwyczaj wyżej cenię literaturę.