Dlaczego ostatnio nie pisałam…

Ostatnio zdarzyło się mi nie pisać. NIC. Kompletnie NIC. Nie było mnie więc także i tu. Dlatego ostatnio nic nie pisałam. Całkowicie pochłonęła mnie Zo. Zawsze wypełnia mój czas w ogromnym zakresie, jednak tym razem sytuacja stała się wyjątkowa.

Gdy kózka

Z. zwichnęła nogę i przez dwa, bardzo długie tygodnie wymagała 100% skupienia uwagi na niej. Można powiedzieć, że gdy Z. nie skakała (na trampie, trampolinie – jak kto woli), to by nóżki nie złamała (=zwichnęła). Ale stało się. Nie winie trampoliny – jak wszyscy, którym opowiedziałam, jak to się stało. Nie winię dzieci, które były… dziećmi. Stał się i już. A z konsekwencjami trzeba żyć.

2 tygodnie nie pisałam

Tak czy inaczej. Dwa tygodnie, w których jedyny moment dla siebie to (oprócz toalety) były dwie godziny jogi, całkowicie zmienił moje postrzeganie macierzyństwa.
To dla mnie dziwny stan umysłu. Natłok myśli, których nie mogę przelać na papier. Praca, dom, dziecko – brak czasu dla siebie. To skłania do zastanowienia. Z. nigdy nie wymagała większej uwagi. To typowy przykład Zosi samosi. Ona wszystko chciała robić sama. I tak ma do dziś. Mama to tylko element wsparcia. Nic więcej.

Inna Zo?!

A co gdyby Z. taka nie była? Gdyby była dzieckiem potrzebującym większej ilości zainteresowania? Gdzie w tym wszystkim, i jak, znalazłabym siebie i czas dla siebie. Nie mówiąc już o całych stertach książek i innych moich dziwnych hobby.

Wnioski?

Słabe! Cieszę się, że Z. jest, jaka jest, bo mogło być gorzej (i to dużo gorzej). Natomiast z Z. czuję się wolna. I zastanawiam się czy to moje wychowanie taką ją zrobiło? Czy może mogłam ją tak wychować, bo ona taka była?