Philip Roth „Oszustwo”

Są książki, które się czyta i zapomina. Są takie, które powodują, że nie potrafisz o nich zapomnieć, a słowa w nich zawarte szumią ci w głowie niczym bąbelki szampana. Miesza rzeczywistość z fikcją, przenikają je wzajemnie. Philip Roth „Oszustwo” oszukuje i wodzi czytelnika za nos. I co z tym zrobisz?

Początek był straszny.

Nie potrafiłam wbić się w rytm narracji. Urywane dialogi, fabuła zmierzająca nie wiadomo gdzie. Studium romansu? Czy może walka z moralnością? Udawaną moralnością…

Gdy już jednak dałam się za rączkę, niczym przedszkolak na spacerze, przeprowadzić przez ruchliwą drogę domysłów byłam na właściwych torach, we właściwym kierunku. Duma mnie rozpierała!

Razem z głównym bohaterem bawiłam się romansem. Dialogami kochanków. Przeżywałam go i wchodziłam na głębsze pokłady. Tylko że… No właśnie. Co mi to przyniosło? Zostałam oszukana.

Zostałam oszukana?

Przeczytałam raz, przeczytałam drugi. Książka nie jest długa. Bawiłam się słowami, odkrywałam grę autora, dumna, że mi się udaje. I na końcu znowu nie byłam pewna.

Czy dałam się podejść?

Czy dałam się podejść dwa razy?
Nie wiem. Obawiam się, że tak. Kro gra? Kto rozdaje karty bohater czy autor? Kto jest oszukiwany? To byłam moja pierwsza przygoda z Philipem Rothem. I nie ostatnia. Książka Rotha sprawia, że chcę poznać go bliżej, bo nie zostawia się tak kobiety.