BFG – Bardzo fajny gigant

Za oknami zimno i leje, leje i zimno. Co tu robić w taką pogodę? Czytać? No tak to zawsze dobry pomysł. Ale nie zawsze się chce… Więc co? Kino! No! I to jest dobra odpowiedź. Są wakacje, dzieci się nudzą to i repertuar jest pod młodych zorganizowany. W końcu nikt lepiej jak dzieci nie wie jak wydawać nie swoje pieniądze (no chyba, że polityce) a kino to stworzone do tego celu miejsce.
Nie wiele myśląc wybraliśmy starego dobrego Stevena Spielberga i jego nową super produkcję: BFG – Bardzo Fajny Gigant. I powiem wam szczerze…

I powiem wam szczerze, że to był BARDZO DOBRY WYBÓR! Już dawno nie byłam na filmie, który sprawiłby, że spędziłam tak miło czas przed srebrnym ekranem. Rodzinna atmosfera, popcorn (ohyda, ale o tym innym razem) i salwy śmiechu z najstarszych skeczy świata.
Kadr z filmu BFG.

Na tle wielkiego księżyca

Oczywiście jak na Spielberga przystało są łzy, jest radość, są przyjaciele i schematy, które tylko Amerykanin potrafi wymyślić. Ale to bardzo, bardzo dobrze! Kolejne pokolenia dzieci wyniosło z tego filmu wiarę, którą nam Spielberg dawał w młodości. Z pewnych rzeczy się wyrasta, na inne patrzy się z przymrużeniem oka. Są też jednak takie, o których się chce pamiętać i nawet wtedy, gdy się jest największym twardzielem świata, w sercu na dnie zawsze się je ma. To wiara w to, że prawdziwa przyjaźń istnieje, a dobro zawsze na końcu zwycięży zło. Nawet czasami dobrem. Spielberg nam to z uporem maniaka przypomina, a dzieciom wszczepia ducha wiary w ludzi.

BFG – podskórny szept świata

BFG to film jakich wiele w kinie i jakich mało – jednocześnie. Temat prosty jak drut. Sierotka (niedostosowana społecznie) spotyka kumpla – tak jak ona niedostosowanego do społeczeństwa, którego są częścią. Zaprzyjaźniają się. Nikogo nie dziwi, że sierotka jest człowiekiem, a jej koleżka – olbrzymem. Ale czy może to dziwić, kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, że gigant w pałacu królowej jest przyjęty z gigantyczną atencją godną gościa o gigantycznych rozmiarach? No oczywiście, że nie. W końcu to przecież normalne! Prawda?
Kadr z filmu BFG.




Wielka maniera

Gigant, nie gigant – akcja dzieje się w Wielkiej Brytanii – wszystko musi więc być na wskroś brytyjskie wg amerykańskich standardów wyobrażenia wyspiarskiego narodu. I oczywiście nikt nie może być w tym rojalistycznym państwie traktowany gorzej czy nawet inaczej – nawet obcy. Więc co robi jaśnie nam panująca? Zaprasza gigantycznego przybysza na śniadania.
W USA może by i do niego strzelali, bali się go, ale nie w tu! Tu jest gościem i należą mu się wszelkie z tym związane przywileje. Więc może herbaty?

Anarchista, pacyfista i weganin – BFG

A kim jest BFG? Krótko i w trzech punkcikach można to ująć tak.
Po pierwsze weganin. Wcina ogóry – szlagmóry(?), bo nic innego nie rośnie w świecie gigantów. Gdy po całym zdarzeniu w końcu może zacząć żyć spokojnie zaczyna uprawę warzyw na dużą skalę. A czego w tym jego ogródku nie było? Wszystko było!
Po drugie pacyfista. Odrzuca przemoc, nawet w imię obrony. Wie, że agresja do niczego nie prowadzi. Dlatego, gdy inni się biją, on pozostaje poza tym. Przeczekać – to jego dewiza. Tylko raz jeden nie wytrzymuje, a i tu środki przez niego wybrane są raczej pokojowe.
Po trzecie anarchista – odrzuca społeczne normy świata olbrzymów na rzecz kultu swojej pracy. To ona stanowi sens jego życia.

A film?

Jeżeli kochasz animację koniecznie musisz zobaczyć BFG. Moim zdaniem jest świetna. Od czasów Goluma żadna animowana moredczka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Punkt!
Muzyka? Jak to u Spielberga podkreśla każdą scenę. Gdy są łzy muzyka nie pozwala o tym zapomnieć. Gdy jest radość słyszysz dzwoneczki. Itd, itd… Punkt!
A teraz język. Majstersztyk wykonania. Copywriterzy w wersji polskojęzycznej stworzyli lingwistyczne cudo! Tyle soczystych i nośnych neologizmów nie słyszałam chyba nigdy. Brawo! Brawo! Za pomysł i za kreację. W tym wszystkim ważne jest, że film na tej płaszczyźnie nie męczy ani sekundy.  Punkt, punkt, punkt!

Co mogę więcej powiedzieć. Do kin! BFG to na film na miarę bycia dzieckiem, dużym dzieckiem.