Całkiem nie tak dawno. Całkiem nie tak daleko. I całkiem nie tak późno w nocy musiałam pojechać po księcia… Wszystko zapowiadało się normalnie, gdy nagle w środku nocy…

Księżniczka Zo spała smacznie w łóżeczku, wymknęłam się więc na paluszkach*. Odpaliłam silnik, włączyłam radio. I ruszyłam. Zapowiadała się całkiem normalna krótka podwózka. Nic nie zapowiadało tego, co się wydarzy.

Spokojnie jadąc, darłam się na pełne gardło (prawie czysto) do dźwięków ulubionej piosenki. Minęłam dobrze znane domy i skręciłam w jedną z bocznych uliczek. Jadąc na skraju pól i zbocza porośniętego lasem nie wiedziałam, nic nie przeczuwałam. Muzyka wypełniała samochód.

Gdy nagle w nocy…

…w bocznej uliczce, z dala od wszelkich zabudowań, radio zaczęło trzeszczeć i przestało grać. W ułamkach sekund, które dzieliły mnie od momentu tego zdarzenia nic nie wzbudziło mojego niepokoju. To się zdarza. Radio ma zakłócenia. To tylko fale. Prawda?
Ale wtedy! Tuż obok, tuż nad moim samochodem, uniósł się cień, a za nim drugi i trzeci i piąty. Przerażona zahamowałam. Serce podeszło mi do gardła. Ręce oblały się potem, a oddech przyspieszył. Na parę sekund moje życie zamarło. Co to? Co to?
Nie zdążyłam się otrząsnąć, gdy radio na nowo zaczęło grać. I wszystko wróciło do normy. A może nie wszystko? Ja nie wróciłam. Jeszcze kilka minut stałam w głuszy zastanawiając się czego świadkiem byłam. Co się wydarzyło? Dopiero światła nadjeżdżającego samochodu wyrwały mnie z zadumy i otępienia.
Mogłam jechać dalej…
* Spokojnie obrońcy bezpieczeństwa dzieci nad snem czuwała dobra wróżka chrzestna.