Patrzę na pustą stronę i nie wiem, jak zacząć. Jak zacząć pisać o tej książce? Nie wiem jak napisać o historii, która budzi we mnie wspomnienia. Nie moje wspomnienia. Dodatkowo zastanawiam się czy Góra Tajget jest dobra czy jest zła? Czy powinna dać jej 10 punktów czy 0 punktów? A może powinnam ją pominąć i nigdy o niej nie pisać?

Góra Tajget

Wszystko zaczynam się dawno, dawno temu. Kiedy wolne państwo-miasto Sparta swoimi prawami pozwalało żyć silnym i dostosowanym, a tego prawa odmawiała słabszym. Niedostosowani stanowili balast dla idealnego społeczeństwa, wychowywanego w kulcie ciała i ducha, ducha wojny. Góra Tajget to miejsce selekcji. Tych, którzy zasłużyli na bycie i tych, których czas się kończył.
Dylemat moralny? Nie istniał. Nie jest łatwo to przyjąć, zrozumieć, a już na pewno zaakceptować. Mogę do tego podejść tylko z dystansem historii, która już minęła. Jednak jak często się zdarza…

Zło zatacza krąg

I chęć decydowania o życiu i śmierci wraca. Z impetem totalitaryzmu. Kult jednostki, nadczłowieka. Idealnego człowieka w idealnym społeczeństwie pozbawionym patologi.
Tu zaczyna się książka Anny Dziewit-Meller, bo w na scenę zbrodni wchodzą jej poszczególni aktorzy. Źli? Dobrzy? Przypadkowi, a może celowi… Jeżeli ktoś jest w stanie wystawić ocenę zachowań od ręki – podziwiam. Dla mnie sytuacja nigdy nie była jednoznaczna. Nie do ocenienia – nie mogę. Nie musiałam się nigdy mierzyć z taką sytuacją, z takimi wyborami, z życiem w obliczu czegoś takiego nie natiralnego.

Historia ma zawsze ludzką twarz

A tam, gdzie widzi się twarz, pojawiają się emocje. Nie da się ich uciąć. To nie liczby, statystyki, słupki danych. Twarz pokazuje człowieka odartego z analizy. Jak o nim opowiedzieć? Wprost. Wydaje mi się, że pani Anna taką właśnie zasadę przyjęła. Wg mnie słuszną.
W książce nie ma przemocy gier komputerowych, nie ma też banałów seriali telewizji publicznej. To dobrze. Jest natomiast dużo światłocienia. Nie wiem dlaczego uważam, że tak ta książka powinna właśnie tak być napisana, ale tak uważam. Tak powinno się te historie opowiadać choć do tej oceny musiałam dorosnąć.
Czy jednak dzięki temu trafi ona do odbiorcy, który nastawiony jest na skrajne emocje i proste prawdy? To minus tej książki. Narracja nie zwala z nóg. Jest subtelna, emocjonalna. Miejscami wydaje się być zbyt delikatna i zbyt szybka, powierzchowna. Zbyt szybko dochodzimy do sedna. Nie ma miałam czasu na strach, na ból, na śmiech. Szkoda, bo znam te historie, te inne historie, które wydarzyły się niedaleko mnie. I może przez to te książkowe wydały się mi małe, za małe…

Nie nieznana historia

Mieszkam blisko Oświęcimia. To nie pozwala mi zapomnieć (choć dla wielu to szczepionka uodporniająca na delikatność) o tym, co się tu wydarzyło. Dodatkowo mój tata ma dar otwierania ludzi i wyciągania z nich historii. Podsłuchując ich zwierzeń, wyszeptane rozmowy, opowieści z czasów zła usłyszałam wiele strasznych, bezpośrednich relacji z fabryki śmierci.
Kilka na zawsze utkwiło mi w głowie i jak dzwoń w kościele dźwięczą długo po tym, gdy ustanie ostatnie uderzenie.

O dzieciach z chlewików

Miałam wtedy 6 lub 7 lat. Mama ubrała mnie w żółty komplecik: bluzeczka i spodenki. Uwielbiałam go. Na małym rowerku pojechałam do sklepu. Lato. Może lipiec. Złapała mnie straszna burza i ulewa. Chciałam wracać pomimo tego, jednak zatrzymała mnie stara kobieta, gęsiarka. Kategorycznie kazała mi zostać. Posłuchałam jej. Tak mnie wychowano – słuchaj starszych.
Przeżyła na pewno obie wojny. Z braku wyboru spędziłam z nią czas. Przez pół godziny, podczas których natura robiła, co chciała, staruszka opowiedziała mi historię dzieci z chlewików.
Początku wojny. Niemcy weszli do wsi. Specjalne oddziały chodziły od domu do domu i zabierały dzieci. Nie te zdrowe, „normalne”. Te ze dysfunkcjami. Dzieci-cienie. Nikt o nich nie wiedział, bo nikt nie chciał wiedzieć. Ukryte w chlewikach, przykute do koryt, pochowane w stodołach, piwnicach i składzikach. Rodzice ich tak urządzili. Niemcy wywozili je ciężarówkami – tak wiele ich było. To nie były pojedyncze przypadki.
Nie wiem już dlaczego mi to opowiedziała. Pamiętam jednak, że kończąc powiedziała, że może lepiej, że je zabrali, bo co to było za życie, kiedy nawet własna matka się ciebie wstydzi…

Życie po byciu eksperymentem

Inną historię przeżywałam przez lata, każdej późnej wiosny kiedy do naszego domu, na starym poniemieckim rowerze przyjeżdżał przemiły, siwy, starszy pan. Lekko kulał. Z tego powodu miał specjalne buty – jeden miał wysoką podeszwę, drugi był zwykły.
Starszy pan przeżył Oświęcim. Był dzieckiem Oświęcimia. Jednym z tych, których nie pędzona do gazu, bo jako zdrowy okaz mógł przysłużyć się nauce. Trafił na blok eksperymentów. Był poddawany badaniom, testom, po których nigdy do końca nie został w 100% sprawny. Uratowało go to, że do obozu trafił późno. Na tyle późno, by doczekać wyzwolenia.
Nie wiem do końca jakie to były eksperymenty. Nigdy nie miałam odwagi, by go o to zapytać. Pamiętam też, że gdy zaczynali rozmawiać z tatą na ten temat zawsze ściszał głos. A gdy tylko ujawniłam przypadkiem swoją obecność, milknął. Nie wstydził się tego doświadczenia. Często opowiadał o różnych aspektach życia obozowego tacie. Mnie chciał jednak zostawić nietkniętą traumą jego przeszłości.
Siwy starszy pan, zmarł kilka lat temu. W otoczeniu bliskich. Jemu się udało.

Podsumowanie

To wszystko mocno wyryło się w mojej pamięci. Wbiło się w wyobraźnie świata. Dlatego może Góra Tajget nie powaliła mnie. Może dlatego uważałam, że jest zbyt zwykła. Nie porusza. Tylko delikatnie zwraca uwagę, a przecież powinna dawać w ryj.
Teraz już wiem, że to dobra droga. Że o takich sprawach nie należy krzyczeć. O takich sprawach należy opowiadać cicho, ale cały czas, by pojedyncze historie żyły. Jak rosół, by miał odpowiedni smak musi być gotowany na małym ogniu, tak historia, by nie zostać zapomnianą musi być cały czas przypominana.