Nasza klasa – Nasza tolerancja

Nigdy nie interesowały mnie nagrody literackie. Albo mi się coś podoba albo nie. Czy książka ma nagrodę czy też nie raczej nie miało na mnie większego wpływu. Czasami jednak pojawiały się na mojej półeczce czytelniczej pozycje wyłapane dzięki nagrodom. Jedną z nich jest Nasza klasa Tadeusza Słobodzianka. 

Choć może książka ta trafiła we mnie inaczej. Przez ludzi. Trochę z rąk do rąk, z ust do ust przekazywano sobie tę książkę szepcąc przeczytaj. Zanim ją przeczytałam nie wiedziałam, że została uhonorowana nagrodą Nike.

Nasza klasa sama do mnie przyszła.

A raczej jej fragment. Newsletterem przyszedł. A może raczej, jak mawiają panie na propagujących edukację spotkaniach dla nauczycieli, niuslejterem. Tak czy inaczej fragment doszedł.
Przeczytałam i stwierdziłam: Mocne. Chcę to przeczytać. I zapytałam księcia Wu. czy czasami nic, o tym nie wie.
Nie wiedział, choć słyszał. Obiecał wypożyczyć, przy okazji. I wczoraj się ta okazja zdarzyła. Najpierw on ją pochłoną. Chciał przetestować zanim mi ją da.

Mielone

Dziwne, bo raczej mało jest książek, które mnie mielą, siekają i robią ze mnie kotleta mielonego. Ta zrobiła. Czułam się jak mielone. Błąd. Nadal się czuję.
Miejscami robiło mi się niedobrze. Miejscami płakałam. Czułam złość, niepokój, zatroskanie. I nie myślcie, że trawo to długo. Nie, przeczytałam ten dramat w przeciągu godziny. Z przerwami na uspokojenie w ok. 1,5 godziny.
A teraz, kiedy już odłożyłam tą książkę w bezpieczne miejsce – ok. metra ode mnie, okładką w dół tak, żeby nie mogła na mnie patrzeć i zaatakować – nie mogę o niej nie myśleć, choć jednocześnie nic nie mogę nic o niej wymyślić. Nic sensownego nie przychodzi mi na myśl.

Pustka.

A przecież wiem, co ta książka opisuje. I wiem, że to nie była wyjątkowa sytuacja. I wiem, że każdy z nas mógłby znaleźć się w takiej samej, nie wyjątkowej sytuacji. Nie, nie wtedy, ale teraz, dziś, jutro. To nie było piętno tamtych czasów. I dziś to mogłoby się wydarzyć. To anonimowe miasteczko, bez nazwy, bez właściwości, powoduje, że mogłoby to być każde miasto. Historia uczy nas, że to było Tamto miasto, ale i nie musiało być. To mogło być moje i wasze miasto.

Co czujecie?

Myślicie, że nie? Bo u nas nie ma Żydów, mniejszości narodowych? Pomijając fakt, że są – podstawcie za Żydów kogoś innego, bliższego naszej małej rzeczywistości: Romów na przykład, zastanówcie się, co czujecie. Nie widzicie analogii? Naprawdę uważacie, że nie znalazłaby się żadna stodoła? I macie 100% pewności, że ludzie oponowaliby? Ja tej pewności nie mam (lęk?, strach?, przeświadczenie o słuszności?, sami tego chcieli? sami do tego doprowadzili?).

Co się zmieniło? Co?

Nic! Dalej jesteśmy jacyś MY i jacyś ONI. Ludzie cieszyli się z tego, że mniejszości są izolowane, wrzucane w getta na obrzeżach miast. Nie muszą się na nich patrzyć. Sól z oka. Być może w waszym otoczeniu nie było takich głosów, ale czy jesteście tego pewni?
I szczerze się przyznają, że kiedy idę ciemną drogą, nie ważne którą, bo jest ich wiele, a z naprzeciwka nadchodzi Rom/Cygan, boję się. I choć wiem, że jest to bardziej lęk niż strach, i bardziej nieuzasadniony niż realny, to jednak nadal się boję. I mocniej ściskam torebkę, gdy w zatłoczonym sklepie, obok mnie, przechodzi Romka, choć jest mi wtedy samej przed sobą wstyd.
Może dlatego po przeczytaniu Naszej klasy nie wiem, co myśleć. Czuję być może coś, co nazywa się dysonansem poznawczym.
Ja Polak, ja patriota. My Polacy, my patrioci, my walczyliśmy o wolność i przez tą walkę tolerancyjni jesteśmy. Nie możemy być więc tak nie tolerancyjni. Tolerancja z nas kipi. Kipi lub kpi. Opływając w naszą tolerancję, naszą tolerancją, która ma granice. Bardzo jasne granice. Jasne, jak słowiańska skóra, jasne, jak religia – jedna poprawna, jasne, jak język polski i poglądy – jedyne prawdziwe.

"Nasza klasa" Tadeusz Słobodzianek - PODRÓŻE PYZY „Nasza klasa” Tadeusz Słobodzianek