Pokemon Go – gram i ja

Czy ja się przeniosłam w czasie? I jest znowu 2000?  Bo mniej więcej wtedy goniłam z plecaczkiem Pikaczu, a chłopaki (albo chłopacy) bawili się w walkę na Pokemony. Czasami to oni byli Pokemonami i się bili między sobą… Jakoś tak. W każdym razie mniej więcej wtedy. A teraz na parkingu mojej firmy koleżanka gania z telefonem ciesząc się, że złapała pokemona. Pokemon Go zawładnął ludźmi.

Wszyscy mają, a ja?

A ja się całkowicie zbłaźniłam. W pracy wszyscy grali. Ciszę skupienia na pracy przerywało tylko ciche brzęczenie wibracji oznajmiającej, że pokemon jest w zasięgu. Chwila ruchu i powrót do normalności. No właściwie fajna apka pomyślałam, skłania do ruchu, do oderwania się od biurka.
Wracając do domu zobaczyłam jak sąsiadka wyprowadza psa. Codzienny rytuał popołudniowy. W ręku trzyma telefon i wykonuje dziwne ruchu. Nie wiele myśląc zatrzymałam się przy niej i pytam: Co tam? Pokemony łapiesz? Nie czekałam długo na odpowiedź. Jakie ku^&*a pokemony? Od much się odpędzam, jakaś plaga z nimi… 
Jakoś odechciało mi się gier. Do następnego dnia przynajmniej.

Pokemon Go!

Nie chciałam, nie mogłam jak mówi reklama być gorsza. I wczoraj popełniłam błąd. Ściągam aplikację. Zainstalowałam Pokoemon Go i… Mój świat zamarł. Wpatrywałam się z częstotliwością pięciu razy na minutę w telefon czy przypadkiem w zasięgu nie pojawił się pokemon.

W podróży

A później było jeszcze gorzej. Wracając do domu zatrzymywałam się na każdej wysepce autobusowej sprawdzając czy nie ma w pobliżu pokemonów. Jazda samochodem i jednoczesne używane telefonu w moim wypadku całkowicie się wykluczają. Po prostu uważam to za szczyt głupoty. Więc zamiast 15 minut do domu wracałam 45 minut.

W domu

Gdy księżniczka Zo dowiedziała się na czym skupiam swoją uwagę przez cały czas od powrotu do domu zaczęła skakać obok mnie jak mały piesek, krzycząc ja też, ja też.
Z bólem serca dałam jej telefon, mówiąc: Masz, bo ja muszę coś zjeść. Dziwna, że przez cały czas nie czułam głodu. Szczęście w nieszczęściu mój telefon ma słaby GPS. Więc i pokemony za bardzo nie pojawiały się. Szybko się więc to nam znudziło.

Na zakończenie

Wieczorem leżąc w łóżku stwierdziłam, że to koniec. Odinstalowuję. I tak zrobiłam. Nie wiem czy to kwestia artykułu o człowieku, który zabił się jadąc samochodem i łapiąc pokemony czy może bardziej tego, że Zo zrobiła dla mnie „koteła” kawai, ale wiedziałam, że czas się rozstać. To był krótki, burzliwy romans z Pokemon Go.

A jednak łapię…

Zostaję przy łapaniu chwil. A na biureczku wśród magicznych stworów made by Zo zagościł kot zwany: Koteł Kawai. Skąd Zo zna określenie kawai?