Weekend nad Soliną [PODRÓŻE]

Ostatnie ciepłe chwile lata postanowiliśmy spędzić nad Soliną. Nigdy jeszcze tam nie byliśmy, a pozytywne opinie tylko zachęcały nas do tego, żeby ten stan rzeczy zmienić. Gdy tylko nadarzyła się okazja, skorzystaliśmy z niej. 

Solina – a co to jest?

No właśnie. Pytanie zasadnicze. Dla kogoś, kto mieszka rzut beretem od Bieszczad, może wydawać się śmieszne. Jednak dla wszystkich tych, którzy nigdy w te rejony Polski nie zaglądali warto wytłumaczyć. Solina to zalew na rzecze San w południowej Polsce. 
Brzmi ciekawie? Jeszcze lepiej wygląda! Ale o tym przekonałam się dopiero wybierając się 
nad zalew. Solina jest zalewem, który powstał w latach sześćdziesiątych. 

Jezioro Solińskie jest dużym zbiornikiem, największym w naszym pięknym kraju. Ma 22 km kwadratowe uroczo meandrujące miedzy wzniesieniami. Liczne zatoczki to raj dla miłośników sportów wodnych, którzy chcą uciec od zgiełku dużych turystycznych atrakcji. 
Najsłynniejszą miejscowością jest Polańczyk oraz Solina. Można tu znaleźć wiele hoteli, pensjonatów oraz restauracji. 

Nawet jeżeli nie przepada się za tłumami warto choć na chwilę się tu zatrzymać. Punkt obowiązkowy to zapora w Solinie. To zdecydowanie punkt obowiązkowy. Wielkość zapory oraz widok na zalew robi wrażenie. Oprócz spaceru warto wybrać się na zwiedzanie samej konstrukcji. To opcja zdecydowanie nie tylko dla miłośników polskiej myśli inżynieryjnej. 
Jeżeli ktoś jednak woli spokojniejsze klimaty dookoła znajdzie wiele uroczych zakątków, małych pensjonatów, domków letniskowych czy pól namiotowych. Zalew oferuje wiele możliwości turystycznych. 

Cisza, ja i czas

My wybraliśmy opcję pustkowie. Pełen bagażnik jedzenia, dodatkowych koców i trochę drewna na wszelki wypadek, gdyby trzeba było rozpalić ognisko. Psu na budę to wszystko się zdało. Domki, które wynajęliśmy okazały się luksusowymi apartamentami. Nowe i całoroczne w pełni zaspakajały nasze potrzeby.

Jeden minus, który jest plusem, ale nie wie się o tym, dopóki się nie uspokoi, to brak internetu. Nie ma wi-fi, a zasięg nędzny. Po tym, jak dotarł do mnie ten fakt oraz zaraz po tym jak się uspokoiłam przyjęłam to jak błogosławieństwo. Skorzystałam z tego.


Co robić?

W podróż wyjechaliśmy późnym popołudniem w piątek. Do przejechania sporo, więc cała podróż zajęła nam prawie 4,5h. To dużo. Nawet autostrada, która już (w końcu) jest otwarta na całej długości do granicy nie ułatwia życia i nie skraca podróży. Wniosek jest prostu. Chcesz być w dziczy, musisz do niej dojechać. 
Na miejsce dotarliśmy w nocy. Cieszę się, że czekali tam już na nas znajomi, bo dotarcie w ciemną bezksiężycową noc było wyczynem. A to nagle kończy się droga i jedyne co możesz to wodować, a to z za krzaczka wyskakuje lis (jest ich tam bardzo dużo!) lub daniel (trafiliśmy na rykowisko). Naprowadzanie latarką ułatwiło sprawę. 
No więc dotarliśmy i dopiero rankiem mogliśmy ocenić, gdzie dotarliśmy.

Zjawiskowa Dzika Cisza

Obudziły mnie pierwsze promienie słońca. Oczywiście rzuciłam się zobaczyć widoki. Moim oczom ukazała się biała tafla gęstej mgły, przez którą tylko miejscami przebijało się słońce. Smutna wróciłam do łóżka. Około 8.00 mgła opadła i okazało się widok na jezioro jest powalający. Góry i woda i to w wydaniu mega! 

Jak już wspominałam domki Dzika Cisza okazały się cudowne!

Wyposażenie, design, standard bez zastrzeżeń. Do tego dodatkowe atrakcje oraz udogodnienia (plac zabaw dla dzieci, grill z pełnymi akcesoriami do grillowania, boisko do siatkówki).

Najważniejsze jednak jest położenie. Kilka kroków od jeziora, z okien przepiękny widok. W pobliżu karczma – podobno dobre jedzenie, ale niestety nie udało się nam tego sprawdzić, bo lokal zamknięto niespodziewanie 2 godziny przed planowanym zamknięciem, oraz bar (coś na wzór foodtracka) z najlepszymi domowymi pierogami jakie w życiu jadłam. 

Dodatkowo 10 min od domków plaża (niestrzeżona) z możliwością wypożyczenia rowerków, kajaków oraz łódek (rowerki oraz łódki – 25 zł/h).

My zdecydowaliśmy się na łódkę. Z dwójką dzieci taka opcja była najlepsza. Warto jednak pamiętać, że ktoś musi wiosłować i ktoś pilnować dzieci. Kapoki są obowiązkowe, ale to tylko awaryjny system zabezpieczeń. Najważniejsza jest prewencja. 😉

Dlatego dwóch zmieniających się wioślarzy to idealne rozwiązanie, jeżeli chce się przepłynąć więcej niż kilka metrów od brzegu. A warto! Czym dalej od brzegu widoki zyskują.


Powroty 

Zawsze najgorzej pisać o powrotach. Od razu robi się smutno. Przyjechaliśmy trasą przez Sanok, więc wracając postanowiliśmy przetestować autostradę – nic dwa razy. A więc na Przemyśl.
Byliśmy już kiedyś na dłużej w Przemyślu i zrobił on na nas bardzo pozytywne wrażenie miło więc było choć na chwilę się tu zatrzymać.


Trasa z Olchowca do Przemyśla jest bardzo malownicza. Uderzyła mnie przestrzeń i małe zaludnienie. Spowalniająca pętla czasoprzestrzeni… A te bieszczadzkie widoki, kilka przełęczy do pokonania – widowiskowo!

W Przemyślu zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji Cuda Wianki (Rynek 5, Przemyśl). Było warto! Pyszne jedzenie i bardzo miłe miejsce. Na pewno następnym razem też tam zawitamy.

Niestety wybór autostrady nie ułatwił nam powrotu. Czas powrotu dokładnie taki sam. 4,5h. Są to jednak bardzo dobrze wykorzystane godziny, gdyż Solina nas całkowicie zachwyciła i zgodnie z memem:

postanowiliśmy tam wrócić!