Jak być dobrym rodzicem?

Być rodzicem w dzisiejszych czasach nie jest prosto, ale czy kiedykolwiek było? Czy tylko my mamy problemy, lęki i strachy związane z rodzicielstwem? Czy tylko my martwimy się o przyszłość swoich dzieci? Oczywiście, nie. 
Nasi rodzice i ich rodzice martwili się tak samo. Martwili się nie o to samo, ale podobnie: o naszą przyszłość, o naszą codzienność.

Czasy były inne – fakt. Ludzie byli inni – nie wydaje mi się. Ludzie się nie zmieniają, aż tak bardzo, jakbyśmy chcieli. Ludzie nie zmieniają się z każdym pokoleniem. Ludzie nadal są bardzo podobni do tych, którzy byli nawet 1000 lat temu. Nie są gorsi, nie są lepsi. 

Zmienia się im punkt widzenia, bo on – jak brzmi słynne powiedzenie – zależy od punktu siedzenia, zależy od czasów.

Na tle pokoleń nie raz przychodzi mi się zastanowić, gdzie jest moje miejsce. Jakim ja jestem rodzicem. Czy dobrym, czy złym? Czy w ogóle można ocenić rodzicielstwo? Jaką normę zastosować? Czy istnieje wyznacznik być dobrym rodzicem? Czy liczy się intencja, czy skutek?

Jak wychować dziecko? Pytanie warte miliony. Każdy chce trochę do tego temat wtrącić swoje trzy grosze. 

I dzięki temu mamy tyle koncepcji wychowawczych, ile autorów podręczników wychowania. Badania naukowe, które potwierdzają tezy, zaprzeczając jednocześnie innym. A rodzic wrzucony w tygiel teorii ma sobie dać radę i wybrać odpowiednią drogę dla swego dziecka. I co mam z tego? A zamęt. Zamęt.

Nie biję swego dziecka, bo nie wypada (i tylko dlatego? serio?). I choć czasami mam ochotę dać po pupie wchodzącej mi na głowę istocie, nie daję, bo nie biję. 

Nie biję, a w szczególności po pupie. Pupa bowiem to miejsce szczególne, intymne i bicie po niej to rodzaj spotęgowania bicia. Nie biję więc ani tam ani nigdzie.

Uderzyłam. Raz. Po palcach. Za odkręcanie kurków od gazu. Płakaliśmy we dwoje. Ja i moje dziecko, po dwóch stronach drzwi. Jak mogłam uderzyć? Dlaczego to zrobiłam? Bo wcześniej tłumaczyłam, tłumaczyłam, tłumaczyłam… Dzień po dniu. Nie wolno, to niebezpieczne, stanie ci się krzywda, ała, etc. I co i odkręciła, gdy ja byłam schylona do lodówki. Moja wina, powinna ją mieć na oku. Cały czas. Nie pić, nie jeść, nie robić nic, tylko pilnować. A potem tłumaczyć. A jednak odwróciłam wzrok. 

Stało się. Odkręciał, a ja uderzyłam.
Od tego czasu nie biję. 
Nie mam na to siły. Nie jestem silna. Szargają mną emocje, ale nie biję. Moje dziecko jest człowiekiem, takim samym jak ja. Nie chciałabym, aby ktoś tłumaczył mi bijąc mnie. Więc i ja nie biję jej. To tak filozoficznie. Patetycznie, a tak na prawdę nie widzę w biciu nic wychowawczego. Co prawda nigdy więcej nie dotknęło kurków od gazu, ale czy wie dlaczego? Jakoś mi się nie wydaje. Nie odkręca, bo nie chce dostać po palcach.

Staram się wiec być rodzicem, staram się dobrym rodzicem, spędzać z dzieckiem przynajmniej 20 minut dziennie. Tylko z nim. Grając, czytając, rozmawiając. Tłumacząc świat. Staram się wszystkimi możliwymi sposobami. 

Przeczytałam setki książek, setki artykułów. Setki rad i porad. Staram się je stosować z rozwagą.

Ale przychodzi czasem chwila, gorszy dzień mój, dziecka. Kumulacja złych zdarzeń, złych emocji. Nie mogą uciec od obowiązków, przeczekać. Żyć trzeba każdą chwilą i nie da się uciec. A kiedy już zdarzy się zdarzenie i cierpliwość się kończy, wtedy tłumaczyć już nie mam sił. 

Co wtedy robię?
Krzyczę.
I wstydzę się. Wstydzę się, że krzyczę. Krzyczę, bo się boję. Wstydzę się, bo powinnam wytłumaczyć, spokojnie bez podnoszenia głosu, żeby dotarło, żeby było skuteczne.
Jestem złym rodzicem, jestem złym człowiekiem. Straciłam panowanie nad sobą. Nie mam więc siły na to, by być dobrym rodzicem. 
Są szkoły rodzenia. Uczą jak przyjąć dziecko na świat. Uczą jak to zrobić jak najmniejszym kosztem sił swoich i dziecka. Uczą, jak najmniej wtedy cierpieć, jak przeczekać ból, lub go zmniejszyć. Czemu nie ma szkół pokazujących, jak przeprowadzić dziecko do świata. Ile dać mu dozy swobody, ile zakazów i nakazów. Wszytko poniekąd dzieje się „na oko”. Nie ma przepisu. Lawirujemy pomiędzy czułością, a stanowczością i nie wiemy czy na koniec wyjdzie nam tort czy zakalec.
  • Natalio to fakt – nie uczą tego w szkole. Co więcej dostajemy różne rady i czasem , jak piszesz, nie wiadomo kogo słuchać. Też ostatnio się zastanawiałam co znaczy być dobrym rodzicem,po czym i kiedy to stwierdzę? Ja będę szczęśliwa z następującej rzeczy- kiedy uda mi się przekazać mojemu dziecku wartości i zasady, które są ważne. Kiedy zobaczę, że kilka rad, wartości stosuje w swoim życiu. Pamięta o nich. Wtedy będzie to mój wielki sukces. Pozdrawiam Cię ciepło 🙂

    • Dokładnie! Ważne, żeby przekazać zasady i cieszyć się, że dziecko się do nich stosuje. Że one mu w życiu pomogły i dały jasne drogowskazy.

      Czasami jednak mam poczucie, że coś robię źle, że mi się nie uda. Zwłaszcza wtedy, gdy wszyscy dookoła mówią mi, że oni zrobiliby to inaczej.

      Dziękuję za komentarz! Podniósł mnie na duchu, że nie tylko ja mam zawahania. 🙂

      Pozdrawiam ciepło! 🙂