Ostatnia jesienna aura naszła mnie wspomnieniami. Wyjęłam album z ubiegłego roku i znalazłam zdjęcia z naszej wariackiej wycieczki do Doliny Pięciu Stawów. Od razu ostrzegam: to było głupie i ryzykowne. Biję się w pierś uważając to za całkowity brak rozumu. Dziś z perspektywy ciepłego domku zastanawiam się, gdzie ja miałam głowę? I cieszę się jednocześnie, że skończyło się to tak miło. A widoki na zawsze zostaną w mojej głowie

Wyszliśmy za późno i całkowicie nie wzięliśmy pod uwagę, że w wyższych partiach gór jest już zima. Bez raków, bez lin czy innych zabezpieczeń ruszyliśmy – jak skończeni kretyni – i chyba tylko cud sprawił, że nic się nam tam nie stało. 
Co prawda mieliśmy jedzenie, czekoladę, gorącą herbatę i ciepłe ubrania (w tym nieprzemakalne i na zmianę). Podstawowy ekwipunek do wycieczek… letnich. 
To idealna fotorelacja z głupoty i brawury. 3h wycieczka skończyła się 6h wracaniem po zmroku – dobrze, że przy gdy już było całkiem ciemno byliśmy przy Wodogrzmotach. Nie byliśmy jednak sami Takich kretynów była całkiem spora grupa. Cieszę się tylko, że żaden z nich nie zadzwonił na TOPR żeby nas sprawdzić. Chyba ze wstydu zapadłabym się pod ziemię.