W moim krótki życiu było wielu fuch i fuszek, które przelatywały mi przed oczyma niczym stado szpaków zbierających się na zimowy odlot, zostawiając po sobie obesrane pola nicości. Jednak oprócz nich udało mi się znaleźć klika świetnych prac, które mnie ukształtowały i pozwoliły zrozumieć, że praca jest do dupy, jeżeli nie robisz tego, co kochasz. Pozwoliłam więc sobie w ramach łańcuszka #MYFIRST7JOBS, który mnie zainspirował, zrobić małe resume. I wiecie co? Okazało się, że z moich dziecinnych marzeń nie byłam jeszcze tylko księdzem (choć może dlatego, że zrozumiała, że nie trzeba mieć sutanny, żeby nic nie robić i jeździć drogimi furami). 

#1 nauczanie

To dziwny epizod mojego życia, ale nie za krótki. Gdyż przez rok prowadziłam zajęcia z filozofii w zacnym liceum będąc studentem i odbywając praktyki. Wszystko to za sprawą ilości godzin praktyk do wyrobienia. Mogłam, jak większość znajomych, kupić flaszkę dobrej „łychy” i iść do dyra. Pewnie i bez trunku by mi podpisał dokumenty, ale ja uniosłam się dumą. I chciałam udowodnić światu i sobie, że praktyki się zalicza. 
Więc spędziłam sobie rok w szkole mając 4h tygodniowo. I jedno powiem szczerze: Odwalcie się od uczniów! Jeżeli nie umiecie sobie z nimi poradzić to jest wasza wina! Są tępe strzały wśród nich, kilka nawet takich mi się zdarzyło, ale większość to młode wilki, które taką trzodę jak wy kiedyś szybko pogonią. 
Skończyłam staż, skończyłam studia i skończyłam z nauczaniem. Zajebista przygoda. Czapki z głów przed nauczycielami z powołania (nisza!) i świetnymi dzieciakami (większość!), ale nauczycielem nie zostanę, dzięki nauczycielom i rodzicom! Kiedyś wam jeszcze o tym może opowiem, ale tymczasem:

#2 rekrutacja i bazy danych

Zaraz po studiach zrobiłam sobie wakacje. Stwierdziłam, że nie ma innego wyjścia niż poleżeć tyłkiem do góry, skoro przeszłam bez mrugnięcia okiem cały proces edukacji kończąc jak ustawa chciała w czerwcu uzyskaniem tytuła. Gdy więc z początkiem września zadzwonił telefon, z informacją, że zostałam zaproszona na rozmowę rekrutacyjną, nie bardzo mi się to uśmiechało, jeszcze w końcu miesiąc do pierwszego akademickiego dzwonka. Poszłam jednak i… się dostałam. Na bezpłatny staż w agencji zatrudnienia. 
Przez miesiąc prowadziłam wstępne rozmowy rekrutacyjne i przeklepywałam CV do bazy danych. Cały czas zastanawiając się jak to qwa możliwe, że prezesi mają w cefałkach adres z buziaczek.ue i się dostają na lukratywne etaty. A ty drogi studencie mimo wszystkich złotych rad dotyczących pisania resume dostajesz się na nic nie warty staż…
Poznałam tam jednak kilka fajnych ludzi, którzy nauczyli mnie, jak się sprzedać nie za tanio! I jakich miejsc unikać. To wiedza, której wtedy nie doceniałam, a powinnam, bo później to mi się przydało.

#3 HR i pani od zwolnień

Trauma. Z pierwszym zwolnieniem jest jak z pierwszym zabójstwem, będziesz go pamiętać do końca życia. 
Dokładnie pamiętam pierwsze złożone wypowiedzenie, kobiecie w wieku moje mamy i 40 letnim doświadczeniem w robieniu kawy i przepisywaniu słupków. No coś kolejnych już tak dobrze nie pamiętam. Niestety bycie babskiem od wypowiedzeń nie było fajne, jednak restrukturyzację, jaka ona by ciężka nie była, ktoś musi przeprowadzić. Padło na mnie. 
Dziś zrobiłabym to samo z większą świadomością, ale to, co się stało, stać się musiało. Było to nieuniknione. I chyba tylko dzięki zmianą ta firma nadal funkcjonuje, choć już beze mnie… Zanim jednak odeszłam prezes, a raczej Prezes postanowił, że skoro w tak pięknie zrobiłam porządek z kadrami ma dla mnie większe wyzwanie: marketing. 

#4 marketing

Orka na ugorze. Kto pracował kiedyś w postkomunistycznym konglomeracie wie, jak wyglądał marketing 15 lat temu w takich firmach. I choć jest lepiej – mam taką nadzieję – wtedy ten dział ograniczał się w większości do wydruku wizytówek i wrzucania aktualności o dokonaniach prezesa na stronę internetową zrobioną na ramkach (taki system tworzenia stron internetowych) o kolorystyce zgniłych owoców. Nie wiem zresztą dlaczego właśnie te odcienie były tak popularne.
Po niezliczonych próbach zrozumienia „marketingu” w tej firmie, postanowiłam odejść robiąc miejsce mądrzejszym od siebie. Tych których nie zwolniłam okazali się świetnymi ludźmi i trochę dziś żałuję, że nie popracowałam tam dłużej, ale z drugiej strony to mi było pisane. Wypłynęłam ze spokojnej przystani na nieznane wody fedrowania. 

#5 klub

Praca na dole, bo klub był pod ziemią, zawsze kojarzyła mi się z pracą górnika. To takie fedrowanie w ludzkich głowach. Bo z jednej strony tancbuda kojarzy się z pustą rozrywką, pijaństwem i półświatkiem. Tak było. Jednak z drugiej strony będąc młodą menedżerką zrozumiałam więcej prawd rządzących człowiekiem i relacjami miedzyludzkimi niż podczas ciężkich studiów.
Złota zasada barmaństwa mówi, że brarman jest jak ksiądz w konfesjonale lub psychoterapeuta. Czy uważniej słucha tym więcej zarobi i częściej ma klientów. Fedrowałam sobie więc przez długi czas w głowach swoich klientów powoli uzależniając się od adrenaliny wydarzeń i ich emocji. Szef furiat – uwielbiam go – nauczył mnie więcej o sobie samej niż wszelka medytacja i przeczytane książki. Dziś jestem mu za wszystko wdzięczna. Gdy stamtąd odchodziłam byłam wrakiem człowieka. Psychicznie i fizycznie. Kolejna praca okazała się jednak przysłowiowy gwoździem do trumny… 

#6 restauracja

Tak na prawdę było to tylko przedłużenie agonii. Uzależnienie nie pozwalało mi zerwać z pracą z ludźmi, wieczorami pełnymi wrażeń, ekscytacją i napięciem. Byłam w matni. I szkodziłam tym samym i sobie i swoim szefom. I jednocześnie uwielbiałam tę pracę. Zapachy, smaki, egzotyczne znajomości. Wina ze wszystkich stron świata. To było moje oderwanie się od rzeczywistości. 
Ciemna strona? Płacz po kątach, papierosy i niedopowiedzenia. Ciągły brak kontaktu z rodziną. Gdy oni wracali do domu z pracy i szkoły ja właśnie wychodziłam. Gdy wracałam oni już spali. Gastro nie ma weekendów, nie ma wolnych dni. Gdy inni się bawią, my pracujemy. Dlatego gdy zaczzynasz narzekać na swój ciężki los, pier%&&**& się! Nie wiesz, co to ciężka praca, jeżeli nigdy nie zasnąłeś o 8 rano, na skrzynkach z piwem licząc utarg. 
W końcu bańka pękła. Trzeba było szukać innych dróg. Zakotwiczyć i poczuć spokój wiejskiego życia. Zanim jednak dotarłam tu, gdzie jestem zdarzył mi się jeszcze jeden mały epizod…

#7 redakcja

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce było sobie powiatowe miasteczko, a w nim powiatowe news i te oto wieści z przedmieść ktoś musiał tworzyć. I byłam to ja. Praca marna, płaca też, ale ten flow. Kto wygra? Kto się dorwie do koryta? Czy Koło Gospodyń Wiejskich znowu poda kaczkę czy może gęś? Czułam tętno miasta… 
A tak na serio, w takiej mieścinie ciężko o sensację. Są wieści z magistratu i wydarzenia kulturalne i pseudo-kulturalne i kilka reklam. Skandale na miarę możliwości i taka sama polityka. Jednak zawsze wydawało mi się, że najważniejsze to prawda zawarta w artykule, który pisze. Nawet newsy z dupy zasługiwały na to, by przedstawić je możliwie rzetelnie. 
Naczelny zarzucał mi, że nie znam środowiska. Nie wiem, kto z kim, dlaczego. To minus, ale i plus. Bo gdy nie masz bagażu tych wszystkich informacji skupiasz się tylko na jednym na przedstawieniu zdarzenia. 
I z tego wszystkiego zostało mi trochę po trochu wszystkiego. Choć może każda z tych historyjek zasługuje na ciąg dalszy, bo trochę mi się jednak łezka kręci w oku, że to już minęło i nie wróci więcej…