Camilla Läckberg – skandynawski kryminał idealny na zimowe wieczory

Jesienne i zimowe wieczory to czas wymarzony na czytanie. Dodatkowo mroczny czas długich i zazwyczaj wietrznych wieczorów zachęcają do sięgnięcia po sensację i kryminał. A jak kryminał to oczywiście (choć może mniej oczywiście dzięki kilku świetnym polskim autorom) skandynawski.

Po mojej ukochanej trylogii (+ jeden) „Millenium” Stiega Larssona, podczas której całym moim serduchem wzdychałam do Daniela Creiga, który w ekranizacji pierwszej części wcielił się w rolę do szpiku kości seksownego dziennikarza Mikael Blomkvist. Pora była rozstać się z zimną Szwecją i gorącym ciachem i ze smutkiem płakać w poduszkę nad tym, że coś się skończyło już na zawsze.
Kard z filmu „Dziewczyna z tatuażem”
Mój cudowny On, widząc jak cierpię katusze, postanowił znaleźć mi zastępstwo i tak w naszym domu zagościła Camilla L. Koleżanki z pracy zapewniały go, że będę zachwycona. W końcu w kraju pisarki jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy. Więc czemu i nie u nas, skoro Larsson był tak popularny. I na prawdę jest! Polska kocha Läckberg!
Całość akcji dzieje się na szwedzkim wypizdowie – miasteczku autorki: Fjällbace. W tym małym miasteczku, gdzie diabeł mówi dobranoc, a zbrodnie popełniane są w ilości porównywalnej do kolorowych gett megapolis, mieszka główna bohaterka, pisarka Erika. I jak na młodą pisarkę przystało zna wszystkich i wikła się we wszystkie możliwe zbrodnie oraz lokalne skandale. Wywinąć się jej z tego pomaga jej kolega, kochanek, mąż superglina Partik. Czy ona jemu, czy on jej pomaga nigdy nie wiadomo, bo przecież tak to już w związku jest. Liczy się rezultat. A że w świecie nie może być próżni to jedna szumowina szybko jest zastępowana kolejną szumowiną. I tym sposobem biedna pani pisarka ani książki napisać nie może, ani spokojnie dzieci wychować, bo zawsze coś… 
Czy to była miłość? Raczej nie! Pierwszy tom z serii mocno obiecywał ciekawe nawiązanie do ideału. Niestety były to puste obietnice. Jednak nie skreśliłam twórczości Läckberg. Czytałam każdą książkę z serii bawiąc się w rozwiązywanie zagadek. Zasady były proste. Rozwiązać zagadkę morderstwa przeczytawszy jak najmniejszą ilość kartek. Mój rekord do 4 strony. Wtedy zapisywałam kogo typuję i czytałam dowiadując się czy mam rację. Przeważnie miałam. 
A że takie zgadywanki, które rozwiązuje się za szybko, szybko męczą, dołożyłam stopień drugi. Motyw. Tu już było trudniej, choć nie poddawałam się i z uporem maniaka wymyślałam scenariusze. 
Skończywszy Czarną Serię, jeszcze doczytałam te pozycje, które ukazały się jakby obok, niezwiązane z Eriką, choć zawsze w klimacie sennego, zimowego snu szwedzkiej prowincji. I jakoś nie żałowałam, że już nic więcej do czytania nie mam. 
Jednak za każdym razem, gdy na rynku ukazuje się nowa książka królowej skandynawskiego kryminału trochę z sentymentu, trochę dla ćwiczenia detektywistycznej żyłki wyruszam do krainy śniegów by spotkać Erikę i razem z nią rozwikłać kolejną zdrodnię miasta zła Fjällbace.