Spacer farmera – wydanie matka

Deszcz, krew, pot, łzy. Właściwie zastanawiam się czy Churchill obiecywał to mi podczas zakładania na palec obrączek, czy swoim rodakom podczas II wojny światowej. Ale jednak chyba mnie nie ostrzegł nikt. Więc jednak wojna. No może poza wszystkimi kobietami, które mi mówiły, że to to samo, ale je olała, bo przecież przecież co, ja nie dam rady?


No i dziś przegięłam, choć może nie po raz pierwszy.

Ale zacznijmy od początku.
Nie cierpię zimy. Tych wszystkich czapek, szalików, swetrów. To znaczy lubię je, ale nie we wszystkich sytuacjach. Nie lubię, gdy muszę iść na zakupy. Pot leje mi się z tyłka, ale przecież nie ściągnę kurtki, bo zanim doszłam z parkingu po koszyk zdązyłam zaśmierdnąć. Perfumy nic tu nie dają. Śmierdzę i już. Jak nastolatek po w-fie. No więc śmigam po sklepie, alejka za alejką, punkt po punkcie. Gdy już dochodzę do kasy nie ma to nic wspólnego z dochodzeniem. Zero orgazmu i radości. No po prostu mąka, cukier i jaja. 
Idealnie gdy się nie rozbiją. Trzy jednorazówki + wyrzut sumienia za zanieczyszczanie globu + i rachunek na kwotę kurwa, która zbliża się do tej wolnej od podatku. Oczywiściwe nie mieszczę w nie wszystkiego, Zawsze coś ląduje w torebce, Nie poproszę przecież o kolejną. 
Za mną panie lustrujące moje zakupy. Paczkę fajek kupie innym razem bo pani Asia od razu z uśmiechem wychowawczego triumfu doniesie mamie: A to córeczka pali? A taka grzeczna była…
Uśmiecham się i jak najszybciej chcę wyjść. Bioderkiem dosuwam wózek i na parking. Ciąg słowny snujący się za moim uśmiechem mony lizy nie nadaje się do powtórzenia. Kluczyki jak zwykle na dole torebki, a wiatr nawala deszczem w oczy, I tak nic nie widzę, bo czapka dawno zsunęła mi się na oczy. 
Reklamówki wrzynają mi się w ręce. Czuję ból pod obrączką. Siaty na tył i siup w samochód. Mokra z zewnątrz i z wewnątrz ruszam. Jak miło i piździ. Ogrzewanie na szybę żeby choć trochę odparować breję lepiącą się do samochodu. 
Wjeżdżam pod dom. Dom, słodki dom. Ale podjazd to cytując klasyka: huj, dupa i kamieni kupa. No co młodzi na dorobku. A zgodnie z prawem Marfiego wysiadam wprost w kałużę. No cóż mokra już byłam więc co za różnica. Ale nie przewidziałam, że ta oślizgła maź jest śliska. I starając się podnieść trzy reklamówy i torebkę poślizgnę się waląc głową w odrzwia. Czapka amortyzuje, A ból i tak miesza się z młym poczuciem emocjonalnego cofania. 
Dobijam do drzwi. Klamka łokciem, światło czołem, biodro zamyka. 
Dobiegam lekkim truchtem do stoły, by usłyszeć: Pomóc Ci?