Jeżeli kochasz sentymentalne opowieści snute z wolna w zimowe wieczory, nie czytaj tej książki. Jeżeli nie chcesz stracić wiary we wszystko, co do tej pory wierzyłeś – nie czytaj tej książki. W każdym innym wypadku szybciutko biegnij do biblioteki i rozkoszuj się ekstazą literatury przez wielkie L. 

Joanna Bator odkryta przeze mnie przypadkiem i mimochodem całkowicie skradła moje serce. I choć wierna próbowałam przebrnąć przez Wyspę Łza, nadal tkwię z nią na 10 stronie. Może kiedyś się uda. Nie poddaję się, nie tracę nadziei. 
Z miłości jednak prawdziwej w moim liście do św. Mikołaja wylądowała najnowsza powieść autorki. A że byłam grzeczna, święty-uśmiechnięty moją prośbę spełnił i pod choinką znalazłam książkę z perwersyjna okładką gołej baby w masce królika, który z króliczkiem Playboya ma tyle samo wspólnego, co robienie łaski z robieniem laski. 
Zaczytałam się do upadłego, na upartego i do dna. A o dnie właśnie mowa i o upadku i zaczytaniu i ogólnie byciu za i przeciw też.

Znasz słodki smak niebezpieczeństwa płynącego z rozgryzania landrynek? Masz ochotę pochłonąć całą słodycz, poddać się jej i nie pominąć z niej nic. Wiesz jednak, że łapczywość ukradnie ci cenne chwile tej słodycz. Na nic przestrogi mamy o złamanych zębach. Na nic odroczona przyjemność rzutująca na resztę życia. Chcesz teraz i już. Musisz mieć.

Tak poczujesz się już po pierwszym akapicie. 

Tamtego dnia przeczytałam o króliku, w którego weszła dusza jego opiekunki. Nie jestem pewna, czy wierzę w istnienie duszy i możliwość jej międzygatunkowej translokacji, ale zainteresował mnie nagłówek krzyczący na pierwszej stronie szmatławej gazety porzuconej na stoliku dworcowej kawiarni, w której umówiłam się z Myszkinem. 


Niech cię nie zwiedzie zwyczajność króliczej skórki i duszy hasającej między ciałami. Ta historia rozkręca się tonem bulwarowej plotki. Ostry tytuł łapie pod gardło, przykuwa uwagę i wciąga. Odmęty świat zlatują się, by pokazać nieludzką twarz życia. 

Na ścianach lokalu wisiały zdjęcia powiększonych ziarn kawy, przypominających monstrualne cipki w pogańskiej świątyni płodności. Brązowe i gładkie szparki, z których – według obowiązującej porno mody – nie wystawał ani kawałeczek dzikiego ciała, nacipiały się ze wszystkich stron, jakby chciały nas wessać, ale zajęci swoimi sprawami ludzie nie zwracali na nie uwagi. Królik, do tego niesamowity i żarłoczny, symbol kobiecości, pasował do scenografii, choć nie przypuszczałam, że w miejscu tak banalnym jak dworcowa kawiarnia doznam od dawna oczekiwanej epifanii.


Oto w tak prozaicznym świecie dworca poznajemy panią Mrok, Julię Mrok. Młodą pisarkę poczytnej literatury kobiecej, którą już niedługo przyjdzie nam trochę pożegnać. 

Jak złośliwie napisała feministyczna krytyczka recenzująca moją książkę, sterczący penis jest jedyną realnością, do której ja, autorka, wydaję się żywić prawdziwe przywiązanie.


I tu muszę przerwać ściganie się z fabułą. Cokolwiek dalej zobaczone, nie mogłoby zostać odzobaczone, a to na pewno zmieniłoby sposób patrzenia na Rok królika. Dlatego dalej niech zapadnie Mrok. I nic więcej o książce, wydarzeniach się ode mnie nie dowiecie. 
Może poza tym, że niechybnie wracamy na magiczny Dolny Śląsk… Przypadek? Nie sądzę! Dziwnie brzęczy we mnie wyrwane z kontekstu zdanie tej książki, które zdaje się idealnie oddawać stosunek Bator do rodzinnych stron:

Są tacy, którzy mają w sobie grube tomy sagi rodzinnej, i tacy, z których ciężko wytrząsnąć choćby haiku. 


No więc nomen-omen wyruszamy z główną bohaterką w świat magiczny, z pograniczna jawy i snów, wprost na spotkanie wybranego przez siebie losu. Błądząc labiryntem wyobraźni głównej bohaterki, ocieramy się o karykaturalne odbicie Sklepów cynamonowych. Mary i zwidy. Gorączkowe majaki będącej na skraju życia denatki, które sama postanawia skończyć w najlepiej znany sobie sposób.

Może ludzie powinni rozstawać się właśnie wtedy, kiedy jednej z osób zaczyna w nocy przeszkadzać cudzy oddech

Wyruszamy dokładnie wtedy, kiedy stary świat się kończy. A jedyny rozsądny krok, to krok wstecz. Bohaterka opuszcza siebie w dokładnie w tej chwili, w której jej własny oddech zaczyna jej przeszkadzać.

Wyrwana z powolnych i mało twórczych rozmyślań Julia Mrok otworzyła, bo, jak mawiał Aleksander, ma nieopanowany odruch otwierania, przy czym miał na myśli i drzwi, i puszki Pandory.


Opleciona wulgarnymi i na wskroś tępymi nagłówkami bulwarówek (każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…) podróż, dodaje tej opowieści współczesnego wymiaru taniej sensacji. Idealnie wpisuje się w szkic przeciętnego łapacza mitów i autentycznych faktów. Pogromcy matactwa i układów niszczących społeczeństwo zagłębiają się w historię świata zza winkla. 
Szmatławe tytuły dostarczają im wiedzy ze świata, o istnieniu którego chcą zapomnieć i jednocześnie szukają w nich podniet. Nie chcą go mieć obok świeżo skoszonych trawników, podziemnych parkingów i bio-marketów. Nie chcą też jednak z istnienia jego rezygnować. Czytają więc, wyciągając wniosek o nieistniejącym świecie Nibylandii, w którym żyją wszystkie te pokraki, pół-ludzie. Gdzieś tam. Nie tu. 

Smutna bufetowa o wyglądzie książki, której nikt nigdy nie wypożyczył z osiedlowej biblioteki… 


Kobieta o dwóch twarzach, chłopiec jąkała. Wszystkie odpady idealnego świat żurnali w jednym miejscu świecie odpadów po pięknym życiu młodej pisarki. Życie zatacza jednak krąg i  choć koniec jest na początku, to niechybnie zmierzamy do końca, który wieńczy początek. Jednak czy to źle?

…w końcu ani życie, ani pisanie nie dzieją się w czasie linearnym…

W samym jednak centrum jest kobieta oraz jej historia i to ona stanowi oś narracji. Wśród niej krążą wolne satelity opowieści, które chłonie, którym pozwala się w siebie wedrzeć. Historie kobiet złych, kobiet z półświatka, silnych i starających się chwytać szanse.

Ta kobieta potrzebowała mojego towarzystwa, a ja mogłam jej dać, bo chciałam zjeść obiad, który przyniosła, to akurat było proste.

To też historia mężczyzn. Słabych, pragnących spełnienia i końca. Nie ma jednak jednego klucza. Dzień zamienia się w noc. Mężczyźni stają się kobietami. Kobiety królikami. Uliczki zmieniają położenie, plan miasta nigdy nie jest ten sam. Zgodnie z zasadą, co było i nie jest, nie mamy pewności świata, który nastąpi. Jedyną pewnością jest niepewność.

Czytając Bator, zawsze ocieram się o pierwiastek kobiecości, I tym razem jest. Mocny i trwały fundament. Kobiecość. Jest jednak coś nie tak. Siła jest przesileniem, wiara – naiwnością. Zaradność graniczy z przemocą.

Sikałyśmy tyłek w tyłek, bliskość podszyta niezrozumiałym szantażem, przemoc pokobiecenia.