Dokładnie pamiętam tę mroźną niedzielę lata świetlne temu. Gdzieś w okolicy milenium, za rogiem lat dziewięćdziesiątych. Pierwsza klasa liceum ogólnokształcącego. Głowa pełna marzeń i ideałów. Człowiekowi się chciało. Duch wyższych idei latał nad nami! Pomagać, dawać z siebie wszystko. I wtedy pojawił się WOŚP. 

Była ciepła, złota, polska jesień. Jeszcze kosiarki dorzynały ciszę babiego lata. Jeszcze liście ostatkiem sił łapały się drzew nie chcąc skończyć w żarze tlących kup zapowiadających zimę… 
Wolontariusze lokalnego sztabu WOŚPu wpadli do szkoły. Rozdali formularze i zachęcali do zgłaszania się. Byli weseli i podekscytowani zbliżającego się wielkiego Finału Orkiestry. Ich radość była zaraźliwa. I udzieliła się mi… Albo raczej udzieliła się koleżance, która stwierdziła, że fajnie byłoby pomagać. A ja poszłam na doczepkę za nią. Zapisałyśmy się.
Wow! Byłyśmy wolontariuszkami WOŚP! Swojskie dziewczyny, Pomagamy. Co za lans! Ale wtedy jeszcze było ciepło…
Zima dobijała się chłodząc dni i nasz zapał. A może zrezygnować albo się lekko przeziębić i nie iść? Do Finału każda z nas odchorowała swoje. Każda z nas trzy razy rezygnowała w myślach i wracała. 
Aż w końcu nadszedł styczeń i ani choroby ani, jak na złość, pomysłu na to jak się wykręcić. Nie było opcji: trzeba iść.  
Niedziela. Świat śpi, a my o 7.00 rano w sztabie. Zimno jak diabli. -10 lub -15. Coś koło tego. Śpik zamarzał, brwi się szroniły od oddechu. Dostałyśmy puszki, dostałyśmy imienne plakietki i serduszka. Kurna nie wycięte! Nożyczki w dłoń i choć palce odmawiały posłuszeństwa wycięłyśmy je. Kilka zostawiłyśmy na później. Plecaki z termosami i kanapkami na plecy i jazda na szychtę. 
Obstawiamy róg Rynku od trony kościoła. Do kościoła podchodzić nam nie wolno. Proboszcz goni jak widzi WOŚP-owiczów. Wiadomo konflikt interesów. Ludzie po mszy mają gest, o ile go nie mają na mszy! Puszka staje się cięższa i cięższa, gdy tłum wiernych opuszcza świątynię. 
Czułam ludzką dobroć. Czułam, że ludzie chcą pomagać! Do wieczora jeszcze daleko, ale czuje się misję i odpowiedzialność. Mróz nie odpuszczał, ale i my też nie. Nie rozumiałam opowieści w sztabie o WOŚP-owych złodziejach, którzy nacinali puszki i odnosili puste lub z groszami dla niepoznaki bawiąc się za hajs naiwnych.  
Jednak miedzy mszami ryneczek się wyludniał. Nie ma nikogo. Pojedyncze panie z psami. I żule. Wtedy impet słabł. Cięższe stają się nogi. Już nie przebieramy tak żwawo choć igiełki w podeszwach nie pozwalają na bezruch…
Zima, my i WOŚP. 
I w tych chwilach zwątpienia niczym petardy w rękach idiotów nasze serca rozrywały ludzkie gesty. Starowinka, która po skończonej mszy poszła do sklepu i przyniosła nam reklamówkę mandarynek. Na zdrowie dziewczyny! Żul, który wrzucił pieniążki zebrane na winko. Tysiące uśmiechów i podziękowań. Dzieci wrzucające pieniążki ze skarbonek. To nas łączyło! Każdy grosik był ważny i cenny. 
Późnym popołudniem, w ciemnościach styczniowej szarugi. W całkowitym milczeniu, słysząc już tylko zgrzytanie zmrożonego śniegu pod naszymi zmarzłymi nogami i płytki oddech odbijający się dźwięcznie od szalików i czapek zdałyśmy puszki. Przeliczyłyśmy każdą złotówkę, każdy grosz. Padnięte wróciłyśmy do domu.
W domach czekały na nas rodziny by pochwalić za dobrze wykonaną pracę i poratować filiżanką herbaty. I ten podziw w oczach młodszych, którzy już czekali na swoją kolej 
To nie był ostatni raz. Kwestowałam jeszcze raz i jeszcze raz. Sama i ze siostrzeńcem. Ludzie dzielili się tym czym mogli. Ale przede wszystkim sercem. Do końca życia nie zapomnę nie zapomnę tego dnia, gdy zziębnięta oddałam dzień spokojnego życia dla WOŚP nie wiedząc po jakiego grzyba odmrażam sobie tyłek.
Dowiedziałam się o tym dużo później. 
Pierwszy raz gdy zaraz po urodzeniu moja córeczka miała przebadany słuch dzięki aparatom ufundowanych przez WOŚP. Widok serduszka na aparacie przypomniał mi smak zmrożonych mandarynek. 
Po raz  drugi moja zimna dupa dostała olśnienia na widok zdjęcia córeczki kolegi. Dziś figlarna bystrzacha, typowa córeczka tatusia urodziła się w szóstym miesiącu ciąży. Mała jak ręka dziewczynka leżąca w inkubatorze z czerwonym serduszkiem WOŚP. 
W tym roku też idę na FINAŁ WIELKIEJ ORKIESTRY ŚWIĄTECZNEJ POMOCY! Będę wrzucać do puszek i będę licytować. Będzie ze mną moja córka. Jak co roku będziemy czekać na światełko do nieba. I będziemy dzielić się nim z innymi. 
Zdjęcie źródło: pl.wikipedia.org