Zima zaskoczyła drogowców

Podczas pierwszego wyjścia do pracy w nowym roku zaskoczyła mnie przyjemna temperatura – lekki mrozik – która bardziej zapowiadała niedaleką wiosnę niż długą i srogą zimę. Po ośmiu godzinach – dla zaskoczonych są w naszym pięknym kraju nad Wisłą jeszcze takie firmy, które po przepracowanej dniówce wyrzucają pracownika do domu dbając o jego work-life balance – przywitała mnie całkiem inna rzeczywistość.

Apokaliptyczna wizja świata post-drogówkowego ziściła się. Z poboczy złowrogo mrugały awaryjne. A  kierowca kierowcy był wilkiem. Jak jedziesz kurwa debilu? – dało się wyczytać z ruchu warg zmotoryzowanych? Gdzie Ci się spieszy? Na tamten świat? – odpowiadały bezgłośnie inne usta. 
Gdzieś przy średniej prędkość do 20 km/h poczułam strach. Nie nie pominęła zera. Samochód ślizgał się kręcąc piruety. ABS – wybijał mu rytm w podłożu. A kierownica skreczowała kołami po czerni asfaltu. 
Piszę więc żyję. Dotarłam do domu i resztkami sił oraz woli nie zwymiotowałam w śnieżnobiałą brudząc ją na wpół strawionymi resztkami zachwytu nad zimą.
Zima zaskoczyła drogowców. Kto by się jej spodziewał w styczniu. Gdyby po bożemu przyszła w grudniu, już byśmy pierwsze zdziwienie mieli za sobą. A tak? Musimy się z nią zmierzyć w środku sezonu. To zrozumiałe, że nie czekasz na listonosza w nocy. To i zima powinna trzymać się określonych zasad. Nie w głowie jej jednak reguły. Nie bez powodu żeńska końcówka określa pory roku jako te, kobiece, efemeryczne i zmienne. Nie zrozumiesz i nie poskromisz. Ona wie lepiej. 
Nie zaczynam więc i nie zaczepiam. Spokojnie się wycofam i przeczekam, ciesząc się urokami zdziwienia i zaskoczenia. W świecie, w którym wszystko chcemy mieć pod kontrolą jest w końcu coś, co wymyka się łatwym równaniom.