Zwierzęta są dla mnie nieodłącznym elementem krajobrazu mojego domu. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. To dla mnie tak naturalne jak fakt, że słońce wschodzi. I choć klimat się zmienia i zwierząt hodowlanych praktycznie nie da się spotkać w najbliższej okolicy to jednak sentyment pozostał.

 

Ze wzruszeniem patrzę na krowę, jak na przybysza z innej planety. Kiedyś okolica była bardziej swojska. Krówki, świnki i koniki były codziennością. Dziś… Ze świeczką szukaj. Szybciej stado saren przewędruje pod moimi oknami, niż usłyszę ryk krówska na pastwisku.

Przypomina mi to trochę historyjkę sprzed kilku lat. Byliśmy na Orawie. Szliśmy dosyć daleko od zabudowań i nagle dolinami poniósł się ryk. Pani Córka stanęła jak wryta. – Co to? – Zapytała. – No, krowa. Pewnie już nie może się doczekać powrotu z pastwiska. – wyjaśniłam. Wyraz ulgi na twarzy Pani Córki był bezcenny. – To dobrze, bo już myślałam, że to dinozaur. – Tak, Pani Córko, to nowy rodzaj dinozaurów, dopiero niedawno sklasyfikowany: Trawozaurus Rex – dodał Pan Tata.

 

No więc na tej naszej wsi nie ma zwierząt wiejskich. Pokazywanie Pani Córce w zamierzchłych czasach bajeczek typu zwierzęta w zagrodzie było udręką. Jak rocznemu dziecku wyjaśnić, że mieszka na wsi, ale nie takiej, takiej… prawdziwej. I nie ma tu tych wszystkich zwierzątek. A w tedy to i tak był dobrobyt, bo całkiem niedaleko chłop miał krowę, a nawet dwie, i codziennie gonił je na pastwisko. Całe tłumy „wózkowych” codziennie o 6.00 i 18.00 stawały z dziatwą na trasie przemarszu bydła, ucząc jak wygląda krówka.

 

Zamiast tego, mamy cały wysyp psów wszelakiej maści. Od yorków poprzez shih tzu, aż do innych znanych „marek”. Fajne te pieski, nie powiem, Słodkie są i kochane i wcale się właścicielom nie dziwię. Bo jak nie kochać tych małych kuleczek…
Ale, jak to na wsi, z dziada pradziada hodowane na przydomowych łańcuchach są też burki. Jest ich całe mnóstwo, wszędzie. I wraz z wyzwoleniem się niewoli (tu z dumą przyznam, że ciężko spotkać w okolicy kundelka przypiętego przy budzie, na co patrzę z dużą radością) wyrwały się też z pod kontroli. Są więc na podwórkach, na ulicach, w parku (mamy tylko jeden), a czasem się zdarza, że w nieswoich ogródkach.
Tak, tak! Nie do wiary, a jednak. Całkiem niedawno wracając z niedzielnego spaceru zobaczyliśmy w naszym, prywatnym ogródku małego, czarnego kundelka. Ojej – wyrwało się z piersi – uwięziony! Trzeba mu pomóc. Ale kundelek nie był zadowolony z naszej chęci ratowania go i postanowił pilnować zdobycznego ogródka. Więc gdy my podeszliśmy do bramki, piesek zaczął na nas szczekać i odstraszać.
Co było robić? Mieliśmy ze sobą psa, a jak się ma psa, to się nie waha go użyć. Tak też zrobiliśmy, Pewnie doszłoby do ostrej jatki, jednak nasz pies jest upartym pacyfistą. Przemocą się brzydzi, a zwierzęta goni tylko do momentu, w którym uznaje, że mogłyby się go wystraszyć. Kundelka potraktował więc przyjaźnie, tenże jednak o tym nie wiedział i uciekł.
Śmieszki były, ale problem pozostał. Nikt się nie zajmuje tymi kundelkami. Nie są to jednak całkiem bezpańskie psy. Zawsze się okazuje, że mają jakiegoś właściciela, który przypadkiem nie domknął bramki, który szukał pieska już tyle dni. Straż Miejska? Nie wiem jak obecnie, ale kilka zim temu po naszej ulicy gonił wielki bezpański mieszaniec. Naprawdę wielki psiak. I co? Miły pan kazał mi go złapać i zamknąć. Nie podjęłam się tego zadania. Pies gonił jeszcze cały dzień, zanim przyjechali specjaliści ze schroniska dla zwierząt. To jeszcze nic takiego. Schronisko jest oddalone od naszej wioseczki o ok 50 km! W pobliżu są przynajmniej trzy. Może to kara dla tych, którzy chcą odebrać złapane psiaki.