Macierzyństwo w trzech odsłonach

O relacji kobiety i dzieci można pisać elaboraty. Każda z nas ma inne na tę kwestię spojrzenie. I nijak nie wytłumaczy pozostałym, myślącym inaczej, o co jej chodzi. Oczywiście, gdy spotkasz tak samo myślącą duszę od ręki wasze fale myślowe zsynchronizują się. Będziecie odbierały każdy gest dziecka tak samo. Każdy ból będzie waszym wspólnym bólem. Wystarczy jednak, że perspektywa waszych wyobrażeń będzie różna, a już tak łatwo się nie dogadacie. 
Kilka tygodni temu, jedna z moich koleżanek urodziła zdrowego, ślicznego chłopaka. Zgodnie z tradycją postanowiliśmy dać jej z tej okazji prezent. Dodatkowo, że my takie kreatywne bestie są, postanowiliśmy napisać wierszyk. Nic by może z tego nie było takiego, gdyby nie fakt, że jak to zwykle z artystycznymi duszami bywa, wierszyk zaczęłyśmy pisać za pięć dwunasta. 
Czasu nie było, weny też, więc zdecydowałyśmy, że napiszemy wszystkie trzy, co nam przyjdzie na myśl o macierzyństwa urokach i mrokach. W formie rymowanej by dodać sznytu poetyckiego i jakoś się to złoży w jedną całość. Super pomysł. Każda przysiadła i zaczęła pisać. Języki na wierzchu, pot na twarzy, pióra w dłoń i pisały, rymowały, wymyślały. Aż się z wysiłku pos… kładały.
Godzinę później na kartce jeszcze atrament nie zasechł, kiedy się okazało, że wierszyków tych w jedną całość nie złączymy. A co która na publikację swej twórczości się odważyłam, przez pozostałe dwie skarcona była. Ha! 
Otóż nikt nie przewidział, że punkt rymowania, 
zależy od ilości na świat dzieci wydawania. 
I od temperamentu też oczywiście, 
ale różnice były zasadnicze iście. 
Bezdzietna koleżanka popełniła wiersz o pięknie porodu, o wspaniałościach macierzyństwa, o miłości bezbrzeżnej i głębokiej jak Hańcza. Przewijały się całuski, uśmiechy i serduszka. Wszystko, w cudownej romantycznej osnowie radości i przyjemności z posiadania dziecka. Minusów nowego stanu rzeczy – brak.
Drugie miejsce od końca i początku zajęłam ja. Matka dziecka plus/minus jednego, jedynaka rozpieszczonego. Wierszyk konstrukcję miał dwu-dzielą. Z jednej strony strofy stronią od maminej katastrofy, z drugiej zaś przypominam, że nie zawsze była dziarska mina. Trochę cycki już nie te, trochę kroczę pociachane. Noce trudne i w południe spać się chce. Ale właściwie na końcu jest jasno, bo wszystkie bóle gasną, gdy się dziecko uśmiecha i spływa, co wtedy to, co złe z człowieka.
Na końcu lub początku w zależności od patrzenia, była double-mama. Dwóch synów, miliony obowiązków. Wiadomo że tu nie ma prostej matematyki. Jeżeli myślisz, że jedno dziecko to jeden kłopot, a dwoje dwa. Mylisz się. Liczba problemów do rozwiązanie rośnie odwrotnie proporcjonalnie do czasu jaki na nie masz (czy jakoś tak…). W każdym razie czym mniej czasu tym więcej problemów. Double-mama choć starała się jak mogła znaleźć światełko, to jedyne światełko jakie widziała było to światełko w tunelu pędzącego Pendolino. Ciało, kiedyś wróci do normy, tylko po to, żeby kolejny obcy je nawiedzający dobił je do reszty. Obowiązków nie będzie końca i ogólnie wszystko się zmieni… na gorsze. 
Co było robić. Trzy koperty ze stosownymi podpisami, mocno zaklejone. Jeden na zły dzień –  to ten łagodny, za normalny dzień – ten mój fifty-fifty. Na koniec hardcore na mega głupawkę i pozytywny chill, kiedy nic cię nie przybije, nawet taka mroczna atmosfera. Do tej pory nasza koleżanka nie miała jeszcze normalnego dnia, a nie głupawy, bo nic o listach nie pisała. Wydaje się więc, że double mama miała rację. 
PS. Sorry, sorry zapomniałam! Był plus w wierszyku double-mamy. Pięćset plus. Hajsów nigdy nie za dużo!