Nie cierpię Walentynek!

Nie jestem ckliwa, sentymentalna i romantyczna. Nie będę więc w swoje opinii obiektywna. Miłość nigdy nie kojarzyła się u mnie z czekoladkami, kwiatami i przesłanym kartkami. Nigdy nie lubiłam płomiennych wyzwań i całej tej otoczki. Nigdy od nikogo tego nie wymagałam. Choć nie ukrywam, dostawałam kiedyś walentynkowe prezenty. I było mi z tego powodu nawet całkiem miło…

Teraz mój mąż również robi mi w tym dniu niespodzianki. Wolę, jednak gdy niespodziewanie przyniesie mi moje ulubione czasopismo, pamięta o tym, żeby kupić mi sok, który lubię, czy po prostu okryje mnie kocem, gdy padnę na ryjka przed TV. To są gesty dużo ważniejsze niż pudełko czekoladek czy czerwony wiecheć. Cieszę się, bo trafiłam na człowieka, który to rozumie. A może po prostu cieszy się, że będąc w mniejszości podczas święta miłości, nie idzie na kolejną komedię romantyczną, tylko na nowego Tarantino (to z ubiegłego roku). Nigdy też nie wybiorę się 50 twarzy Greya, bo nie bawi mnie płytki romantyzm pod kołderką BDSM. Nie ważne Walentynki nie są dla mnie, a dodatkowo uważam, że to najgłupsze komercyjne święto ever!
Nie cierpię Walentynek, bo wtedy wychodzi z ludzi przymus pokazania się. O ile przeciętnie to jest w normie: Zobaczcie, mam nowy samochód! Zobaczcie, mam nową dziewczynę/chłopaka. Zobaczcie, byłem na wakacjach. Powiedziałabym typowo polskie: zastaw się i pokaż się. O tyle podczas Walentynek z jednej strony mamy zalew tych, którym się udało, tzn. mają walentynkę i pobzykają tego wieczora (choć muszę przyznać, większości tylko takie wrażenie sprawia). Z drugie tych, którzy muszą się pochwalić tym, że nie obchodzą Walentynek (Ci dziś mają tryb autopilota). Jest i trzecia grupa, która przesypia wszystkie tego typu wydarzenia oraz Ci, uczuciowi katatonicy, którzy przy tego typu okazjach zastygają, byle by nikt ich nie ruszył, są to jednak promile i nie warto na nich się skupiać.
Problem w tym, że Walentynki to akcja ogólnoświatowa. Więc to takie obnoszenie się z miłością na całym świecie… Nie uciekniesz od tego. Wszyscy, jak szczęścia, szukają miłości. Może miłość to szczęście? Może szczęście to miłość? Tylko tak samo, jak szczęścia tak i miłości w ten sposób znaleźć się nie da. Nie ma na to magicznego zaklęcia. Mogę to powiedzieć z całą stanowczością, bo szczęście znajduje się dopiero wtedy, gdy przestaje się go szukać. Tak samo jest z miłością. Ona na nas czeka dokładnie tam, gdzie się jej nie spodziewamy.
Ale raz na rok zalewa nas fala serduszek, mniej wyszukanych prezentów i durnych mód dla zakochanych. I wszystkiego tego, co stanowi dla nas substytut prawdziwych relacji. Wszystko, by udowodnić, że się jest wybrańcem, że się ma miłość. Tylko to jest taka miłość w proszku – zaleję wodą i będzie smacznie. I będzie to tak samo sztuczne, jak torebkowe zupki. Niby okey, ale glutaminian sodu odbija ci się tygodniami.
Co z tego? Liczy się jeden dzień, 24 godziny, podczas których wszystkich można przekonać do „miłości”. W ten jeden jedyny dzień w roku pokazujesz się z kimś dla ciebie ważnym, wszystko temu jednemu wydarzeniu podporządkowujesz. Prezenty, starania. Nie będziesz oryginalny. Każdy prezent już kiedyś był, już kiedyś ktoś to wymyślił. Podporządkowujesz się jednak, wierząc, że tak trzeba, wierząc, że tak jest fajnie. Fajnie, że pokażę się z kimś na profilu, fajnie jak inni to docenią. Fajnie jednak będzie, jeżeli oprócz tego będzie coś jeszcze. Gdyby patrzenie w oczy było bardziej pociągające. A nie patrzenie na ilość lajków. 
Nie cierpię Walentynek, bo to nie jest tylko kolejne komercyjne święto, jak Dzień Kobiet czy Boże Narodzenie. Gdyby w tym całym dniu i tych wszystkich rytuałach corocznej miłości na zawołanie, chodziło tylko o sprzedaż, o zwiększenie zysków i napchanie sakiew, to miałabym to gdzieś. Takie jest prawo handlu. Nie ma co dyskutować, mówiąc najprościej: Hajs się musi zgadzać. A takie święto to idealny pretekst do zarobku podniesienia sprzedaży. Gdzie tkwi haczyk? W tym, że to idealne rozgrzeszenie. Nie muszę cię kochać, przecież dostałaś kwiatki w Walentynki, nie muszę ci mówić ile wydałam na Zalando, przecież dostałeś dupy w Walentynki. Nie muszę się starać, nie muszę o tobie myśleć i się tobą przejmować. Wystarczy, że 14 lutego wszystko będzie po bożemu.
I nie cierpię Walentynek, bo one celebrują tylko jeden rodzaj miłości. Pod pozorem wielkich wzniosłych uczuć kryje się tylko jeden mały bożek miłości eros i to dodatkowo w swej najmniej uroczej i najsmutniejszej odsłonie. Bo może nie wiecie, ale miłości jest całe mnóstwo. I każda jest lepsza od innej, każda inna i w każdej o coś innego kaman. Może nawet mają jakąś hierarchię. Jedna wynika trochę z drugiej, druga zahacza o pierwszą. Na ten temat można by długo nawijać. Ważne jednak, że miłość nie jedno ma imię. Łezka zakręciła mi się na ten truizm. 
I w porządku byłoby nawet celebrowanie tego jednego rodzaju miłości. Przecież jest Dzień Matki, Dzień Dziecka – to jest też święto miłości (rodzicielskiej miłości), dlaczego więc miałoby nie być święta kochanków? Proszę bardzo! Ale dlaczego w tym jednym dniu, wszystko wrzuca się do jednego wora, zwanego miłość, który ma służyć do zaspokojenia najniższego instynktu samozadowolenia. To gwałt na nas samych, na naszych potrzebach i pragnieniach nie bycia samymi, na poczuciu, że komuś na nas zależy. 
Dlatego nie cierpię Walentynek