Szczepan Twardoch – Król [recenzja]

Podobno nie ma ludzi brzydkich, są tylko biedni. Tak trafiłam na Szczepana Twardocha i jego książki. Serio, ten mega przystojniacha, kiedyś wcale tak nie wyglądał. Był obrazem rozpaczy. Musiałam zobaczyć jak to brzydkie kaczątko, które przerodziło się w pięknego łabędzia, pisze. Było warto! Gościu się ogarnął i pisze jak wygląda, czyli świetnie! Zaczęłam od “Króla”.

Zrobił bardzo duże wrażenie na różnych osobach, z którymi na jej temat rozmawiałam. Choć temat kontrowersyjny i szeroko dyskutowany, bardzo się podobała. A moja opinia jest taka sama jak innych, choć inna…

Dlaczego nie “Król”?

Może po prostu dlatego, że jest to świetna powieść. Ciekawa akcja, sama się toczy prowadząc nas do celu. Dobrze napisana, lekka powieść o bardzo ciężkim temacie. Można ją polecić właściwie w każdym momencie jako idealną rozgrywkę intelektualną z samym sobą. Dlaczego? Ponieważ “Króla” czyta się jednym tchem, od deski do deski. I można ją zamknąć i zapomnieć. Ale przecież to nie jest temat na zapomnij. To temat na trzy P: przeczytaj, przeżyj, przeanalizuj. To dlaczego to się tak samo czyta, jakby nigdy nic?

Zarys

Motywem przewodnim “Króla” są lata 20-ste i 30-ste XX wieku. A dokładnie to Warszawa i jej części żydowska. W narrację wprowadza nas postać ofiary, młodego żydowskiego chłopca, którego ojciec niestety miał dług. A za długi się płaci. Zapłacił więc ojciec, a razem z nim i jego rodzina, którą miał na utrzymaniu. Udało się jednak 17-letniemu podrostkowi, którego bokser, zbir Jakub Szapiro wziął pod swoje skrzydła. Choć i ten element szczęścia w całym nieszczęściu żydowskiej Warszawy nie jest taki pewnie.

Seksowny zabijaka

Szapiro, który szybko wyrasta na postać numer jeden jest bokserem żydowskiego pochodzenia. Jest Żydem, który jednak ze swoją żydowskość jest na bakier. Laicki w swoich poglądach i czynach przede wszystkim jest gangsterem. Silny, bezwzględny i w 100% przekonany, że kieruje swoim życiem.

Postać Szapiry trochę przypomina braci Rona i Reggie’go Kray’ów z filmu “Legenda” (nota bene świetna rola Toma Hardiego, ale film słaby). Niby bezwzględnie źli, ale da się ich lubić, w końcu to swojskie chłopaki. Niby mordują, ale przecież też pomagają swoim. Niby gwałcą, ale kto nie gwałci. Ma się poczucie, że tak już jest i tak musi być.

Tło

Na tle zwyczajnej żydowskiej Warszawy mamy bandę bandytów, prostytutek, skrajnych nędzarzy. Mamy rozwarstwienie społeczne, jest też napięta sytuacja relacji Polsko-Żydowskich. Idealne tło do snucia opowieści o walce dobra ze złem. Tego jednak nie ma. Nie ma czarno-białego świata. Jest za to całe spektrum odcieni szarości, z którymi trzeba się zmierzyć i postawić sobie pytanie czy się na to godzimy czy nie.

Może tym bardziej, że minęło prawie 100 lat a problem się nie zmienił. Te same pytania, te same zagadnienia. Nic nie nauczyliśmy się na błędach wojny. Ta aktualność mnie przeraża, bo jaki był kolejny krok każdy z nam wie.

Ja już skądś to znam…

Realizm, ocierający się o fanatyczny zachwyt brzydotą to znany trend. Jedni go lubią, inni nie. Jak dla mnie potrzebny, by z wymuskanego świata filmowych adaptacji wyjść na prawdziwą ulicę, cuchnącą, brzydką i całkowicie zwyczajną. Syf rządzi i nie da się go przykryć hektolitrami nawet najbardziej wonnych perfum. A może jestem skrzywiona, bo wydaje mi się, że ten aspekt międzywojnia już gdzieś wcześniej widziałam. Był to bardzo podobny widok i wtedy zrobił na mnie większe wrażenie, bo moje oczy nie były na to przygotowane.

“Wilk” Marek Hłasko

Ta sama część Warszawy. Ten sam (mniej więcej) czas akcji. Te same problemy i bardzo podobny punkt widzenia. Nie mam nic przeciwko pisaniu o jednym temacie, z różnych perspektyw. Tu jednak porównanie samo nasuwa się na myśl. Właściwie to czytają czułam, że bohaterowie mogą się spotkać, że jest to nieuniknione. Może podczas którejś manifestacji? Może podczas którejś pijackiej wyprawy lub “imprezy” zorganizowanej przez kuma Kaplicę?

Najciekawsze dla mnie jest fakt, że dzisiaj dawna żydowska dzielnica nie ma nic wspólnego z tym, co opisują Twardoch i Hłasko. Wiadomo że Warszawa została praktycznie zrównana z ziemią podczas II wojny światowej. Na jej miejsce powstałą komunistyczna metropolia, z tylko częściowo odbudowaną przedwojenną zabudową. Często spacerując ulicami Marymontu zastanawiałam się jak wcześniej wyglądał. I ciężko mi sobie to wyobrazić. Nie wiem też, czy chciałabym sobie to wyobrażać czy zobaczyć na własne oczy…

Happy end?

Król jest powieścią świetnie prowadzoną od samego początku. Do ostatniej strony kibicowałam Jakubowi Szapiro i jego rodzinie. W końcu “Król” to nie tylko socjologiczno-historyczna rozprawa o konfliktach religijnych, kulturowych czy narodowościowych. To historia miłości gangstera i dziwki, Żyda i Polki (nie ta sama, co pierwsza), mezaliansu (nie ta sama, co pierwsza i druga). To także opowieść o honorze, o pragnieniu władzy, o ambicjach i drodze na szczyt. Wierzyłam w happy end. Czy się doczekałam? Nie powiem wam.

Szczepan Twardoch – Król – ocena 4,5/5

Jedyny minus to fakt, że ta książka nie powaliła mnie na kolana. Nie walnęła obuchem w głowę, a tego się po niej spodziewałam. Może to z powodu “Wilka”? Gdyby nie ta książka “Król” wywołałby u mnie torsje epatowaniem zbrodnią, realizmem opisów i scen. Opisy są bardzo naturalistyczne, co powoduje, że nie czyta się tego miło i przyjemnie. Na pewno też żaden z nas nie chciałby się stać bohaterem tej książki. Dała mi do myślenia i trochę ściorała idealistyczny sen o drugiej Rzeczpospolitej. No coś jak zawsze trzeba iść głębiej.

“Król” był moją pierwszą książką spod pióra Twardocha. Na pewno nie ostatnią. I powiem wam szczerze, że cieszę się, że mam obok łóżka stosik świetnej polskiej literatury. Po latach rzygania polską prozą, w końcu czuję, że jest co czytać. I mam ochotę na więcej i więcej!