Analogicznie czy cyfrowo, czyli jak żyć w tym świecie?

Zawsze zastanawiał mnie spór pomiędzy zwolennikami formy analogicznej, a tymi, którzy kochają digital. Jak żyć? Analogicznie czy cyfrowo? Po co ta cała kłótnia i udowadnianie sobie nawzajem, kto ma rację, kto jest lepszy i kto lepiej na czymś wychodzi. Czy nie można po prostu uznać, że obie formy mają plusy i minusy? Czy zawsze będziemy skazani na sztuczne podziały tych, którzy lubią białe i tych, którzy lubią czarne?

Pierwszy krok nad przepaścią

Zawsze zaczyna się od pierwszego zdania. Moim zdaniem… Uważam, że… Wszyscy mówią, że… I można tak dalej. Potem następuje tyrada oskarżeń o to, że druga strona jest taka i owaka a na koniec wychodzi, że moja prawda jest prawdziwsza. Oczywiście można się nie zgadzać, kłócić, przekomarzać. Ale ostatnio dochodzę do muru, w którym jedyne co jest to prawda jednej strony i całkowite zamknięcie na drugą stronę.

Analogowe wspomnienia

I tak właśnie ostatnio trafiłam gdzieś w sieci na artykuł o wyższości tradycyjnych książek, płyt, zdjęć, nad tymi nowymi cyfrowymi. W pierwszym momencie nawet się zgodziłam, w końcu sama uwielbiam oglądać stare zdjęcia. Zbieram pamiątki i czytam papierowe ksiażki. To w końcu nie sam obraz czy dane, których nawet nie umiem określić, ale rzecz. Namacalna, taka trwała i z duszą nawet chyba też… Albo i nie, ale jest.

Digitalowa prostota

Natomiast digital to przecież tylko prąd. Ktoś przetnie przewód i po robocie. Było – minęło. Oczywiście rzecz może ulec zniszczeniu. Pożar, czy powódź i wszystko obraca się popiół. Cyfrowe zdjęcia zaś można trzymać w chmurze więc spokojnie przetrwają więcej takich zdarzeń i co więcej prościej możemy się nimi wymieniać. Jednak nadal mamy tendencję do przywiązywania się do rzeczy, tych całkiem namacalnych.

Są plusy, są i minusy

W wyborze pomiędzy analogicznie czy cyfrowo wybieram opcję numer trzy albo cztery. Obecnie żyję w świecie pomiędzy. I dobrze mi z tym. Nie chcę rezygnować z książek drukowanych. Ich zapach, dotyk faktury książki jest dla mnie fetyszem. Uwielbiam płyty, zwłaszcza czarne. To jak trzeba się z nimi obchodzić, uważać, dbać o nie. Nie umiem sobie też wyobrazić moich ścian pozbawionych zdjęć. Dlatego ciągle nadal trzymam się rzeczy-wistości.

Nie odmawiam jednak sobie łatwości i wszechstronności świata wirtualnego. Intryguje mnie i napędza. Daje mi możliwość uczestnictwa w tak wielkiej wymianie danych, jakiej do tej pory nigdy nie było. Jest to cudowne móc oglądać prace wielkich malarzy w zaciszu własnego domu, czy słuchać muzyki praktycznie bez ograniczeń ilościowych. To coś niezwykłego móc zmieścić w jednej małej walizce setki książek w postaci e-papieru. A przecież to tylko wierzchołek góry lodowej.

Analogicznie czy cyfrowo? – dziękuję postoję

Jest jeszcze jedna możliwość, która wynika z myślenia w kategoriach niczego. O odrzuceniu świata doczesnego myślało wiele religii, w tym i chrześcijańska. W różny, przeważnie nieudany i wypaczony sposób, nad którym nie warto się nawet pochylać. Dla mnie liczy się jednak idea, którą można oddać w słowie nic. Czy nas coś czeka po śmierci czy nie i tak nie będzie nam do tego potrzebne nic z tego, co mamy na świecie. Mogę więc odrzucić to wszystko, co mnie otacza, co mami mnie stałością i cieszyć się wolnością. Gdy nic nie mam, nic nie stracę. Lepiej więc zamiast rzeczy kolekcjonować wspomnienia, przeżycia i dobre doświadczenia. Zamiast nowych ciuchów, mieć nowych przyjaciół. Zamiast martwić się o to, czego sobie nie kupię, bo mnie nie stać, zastanowić się czy to, co mam jest mi w 100% potrzebne i jest wykorzystywane w pełni swoich możliwości. A wtedy okaże się, że jest się na prawdę bogatym człowiekiem.