W październiku pojechałam na Targi Książki do Krakowa, tak naprawdę tylko z jednym zamiarem, kupienia najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego „Jak zawsze”. Spodziewałam się kryminału, może nie w stylu trylogii o Szackim, może bardziej „Bezcennego”. Na to liczyłam i całkiem się przeliczyła! Bo dobry autor jest od tego, by wodzić czytelnika za nos. Brawo, udało się. Cieszę się, że nie miałam racji.


Z każdą książką Miłoszewski jest lepszy. Oby tak dalej. I Szacki nie musi wracać. Kobiety, aż tak bardzo nie lecą na niegrzecznych chłopców. Wolimy dobrą fabułę i ekscytujący pomysł. Zresztą kolejną bohaterką może być kobieta. Waj not?

Wróćmy jednak do książki. Na początku trochę podróży w czasie i wymiarze. I pewnie fizycy i filozofowie będą zaskoczeni, ale nie potrzebny był do tego, nawet akcelerator cząsteczek. Wystarczył dobry seks. Można powiedzieć, poniosło ich, bo odlecieli. Wszystko zaczyna się dość niewinnie. Ot, para staruszków postanawia uczcić swoją rocznicę, idą ze sobą do łóżka. Nic niezwykłego, bo są ze sobą 50 lat, mieli syna i całe piękne życie za sobą. Pani kupuje seksowną bieliznę, a pan środki na potencję. Uzbrojeni w środki prewencyjne, spędzają wybuchową noc, po której budzą się obok siebie tylko, że… pięćdziesiąt lat wcześniej.

Co bybyło, gdyby…

„Jak zawsze” wciąga od pierwszej do ostatniej strony. W końcu pragnienie możliwości powrotu w czasie i możliwość naprawienia swoich błędów, zmiany podjętych decyzji jest znane większości ludzi. Co by było, gdyby, pojawia się nie tylko w kontekście codziennego życia, ale i historii kraju, a nawet świata. Co by było, gdybym została lekarzem, co by było, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu, co by było, gdyby dinozaury nie wyginęły… I Miłoszewski w kilku kwestiach stara się na to pytanie odpowiedzieć. Niestety, cofa się tylko o 50 lat, więc nie dowiemy się, co by się stało, gdyby przerośnięte gadziory nadal z nami mieszkały.

Mając możliwość powrotu do świata sprzed dekad, który różni się od tego, który znamy mniej niż więcej, co byśmy zmienili? Jakie błędy byśmy naprawili, gdzie byśmy milczeli, a gdzie nasz głos byłby mocniejszy? “Jak zawsze” to jednak nie esej filozoficzny o możliwościach i problemach podróży w czasie i przestrzeni. To książka o miłości. Miłości do kobiety, miasta i kraju.

Podróż w czasie i w przestrzeni

Miłoszewski zabiera nas w podróż w czasie i w przestrzeni, do równoległego wymiaru, gdzie wszystko jest bardzo podobne, ale nie takie samo (Właściwie założenie równoległych światów bardzo mnie zawsze interesowało. W końcu nie muszą się one różnić diametralnie. Może to być bardzo mała różnica, której efekt może być ekstremalny. Może w innym wymiarze, jestem brunetką. A może w pociągu usiadłam w innym przedziale, z inną książką w ręku). Niby Warszawa, niby 1963, ale towarzyszy nie ma. Nie ma Pałacu Kultury, za to językiem prawie urzędowym jest francuski. Nie wszystko da się nowym, starym porządku przeżyć tak samo. Niektóre decyzje będą nauką, a niektóre tylko nauczką.

Na randkę z Warszawą

Jest taka scena w “Seksie w wielkim mieście”, gdy Carrie umawia się na randkę z Nowym Jorkiem. Nie jest to związek idealny, ale na pewno jej najtrwalszy. Jedyny, na zawsze. On jej nie porzuci i ona jego. Czytając “Jak zawsze” miałam wrażenie, że Miłoszewski umówił się na randkę z Warszawą. Nie jest to romantyczno-sentymentalna zakochanie. Bez łzawych uniesień, dopieszczeń i spojrzeń przez różowe okulary. To raczej związek z długim stażem, który widzi swoje wady, ale łączy go miłość trwała i dojrzała. Nie wszystko jest piękne i kolorowe. Wiele błędów zostało popełnionych, jak na złość, w obu rzeczywistościach równie głupich.

Ta wersja Warszawy była inna. Ale nędza i pustka tak samo rzucały się w oczy. Najpierw zobaczyli pustkę. Za ich blokowiskiem nie było nic. W miejscu dawnej dzielnicy żydowskiej, potem getta, a potem morza gruzów, rozpościera się ogromną niezabudowana przestrzeń. Widoczne tu i ówdzie kilka dźwigów i otulony kokonami rusztowań świeżych murów świadczyło o tym, że może coś tam powstaje.
Układ zabudowy i siatka ul układały się trochę inaczej, jego mózg z trudem akceptował fakt, że znajduje się zarówno w mieście znanym, jak i w zupełnie obcym.

Jednak na końcu, jak zawsze zresztą, wraca się do tych samych miejsc, do tych samych ludzi. Cieszą te same uliczki, te same sklepy i kawiarnie. Czasami się chce, żeby otaczająca nas rzeczywistość była inna, piękniejsza, ale i tak jest nasze miejsce we wszechświecie (lub raczej we wszechświatach).

Pod skrzydłami orła

Polska przez duże P. Wspaniała, mądra i nauczona na błędach pokoleń. Która wyciąga wnioski i na nich buduje swoją wielkość. Brzmi naiwnie, tylko do momentu, w którym można zmienić bieg historii. Więc gdyby tak wrócić i sprawić, że zła karta się odwróci, że to, co się stało, się nie stanie? Idee się zmienią, ludzie spojrzą innymi oczyma na świat.

Monument miał wysokość około dziesięciu metrów. Wykonany był ze stali nierdzewnej tak wypolerowanej, że sprawiała wrażenie lustra. Zbliżali się do niego od tyłu, z tej strony Przypominam ogromny, pokrtyt łuskami walec, w którym niczym w gabinecie krzywych zwierciadeł przegląda się architektura placu. dopiero Kiedy zaczęli go obchodzić, dostrzegli, że pomnik przedstawia stylizowanego zGeometryzowanego w duchu modernizmu orła, którego skrzydła nie były jednak wzniesione dolotu ani ułożone wzdłuż ciała, lecz półkoliście wyciągnięte do przodu w geście ochrania gniazda. Ukoronowaną głowę orzeł miał odwróconą lewym profilem niczym na godle Polski, patrząc w dal, w stronę centrum. Obeszli go dookoła i stanęli w miejscu, gdzie krzywizna skrzydeł sięgała ziemi pozwalając wejść do środka “gniazda”. […] „Gnizado, czyli Okrągła przestrzeń otoczona orlimi skrzydłami, było kołem o średnicy dziesięciu może dwunastu metrów. Wewnętrzne ściany również wygładzono na lustro, w którym odbijali się z każdej strony.

Oszukać przeznaczenie

Ale co w sytuacji, w której nawet cofając się w czasie, nie będziemy mogli zmienić tego, co nieuchronne? Czy pewne rzeczy po prostu muszą się wydarzyć? Czy mamy w genach zapisaną porażkę? Miłoszewski zabiera nas do Polski niedotkniętej Jałtą, w której nie ma PRL-u. Nie ma przyjaciół ze wschodu, a podzielenie, jak zawsze, Polacy i tak siłą rozpędzonych pociągów na jednym torze dążą do konfrontacji i nieuchronnej katastrofy.

Legenda założycielska Polski to biały orzeł, wskazujący miejsce na założenie gniazda. O to im tutaj chodziło. Orzeł, pod którego skrzydłami można się schronić. Patrzący w przyszłość, a może wypatrujący niebezpieczeństw. Biały bielą stali, czyli nowoczesny i niepokonany jednocześnie. I jeszcze te lustra, te odbicia w skrzydłach, które przypominają, że ojczyzna to my. Nie orzeł, nie gniazdo, nie jacyś zapomnieni poeci, wygrane bitwy i krew przelana. Tylko po prostu my. Orzeł nas chroni, ale daje do zrozumienia, że jest jedynie naszym odbiciem. Od nas, tu i teraz, zależy, czym jest ojczyzna.
Parsknął śmiechem.
– żywi zamiast trupów, opoka zamiast rozrób i patrzenie w przyszłość zamiast kąpieli w krwawej historii. Słyszałaś kiedyś o takiej Polsce?
– Nie. Ale zawsze o takiej marzyłam.

Ty i ja, on, ona, ono

Jest to też, a może przede wszystkim, książka o miłości dwojga ludzi, którzy dostali drugą szansę na przeżycie swojego życia. Razem? We dwoje? A może nie. Może 50 lat spokojnego życia jest idealnym momentem na to, żeby zacząć wszystko na nowo, od nowa, inaczej. Wrócić do dawnych miłości, rozliczyć się z przeszłością, nie popełniać tych samych błędów. Jednak życie to nie bajka i nawet w książce, trzeba liczyć się z tym, że pewne możliwości to jednocześnie pewne ograniczenia i grzebiąc w decyzjach, musimy liczyć się z konsekwencjami, z efektem motyla.

Jak po sztruksie!

Wielowątkowość i ciekawe zamknięcie tej książki sprawia, że jak dla mnie, to gotowy scenariusz na film. Sponsor główny: Rossignol. Nie napiszę dlaczego, bo taki książkowy smaczek. Zresztą, miarą książki jest dla mnie fabuła, która sprawia, że nie możesz się oderwać, która o drugiej w nocy (w tygodniu) szepce ci do ucha: jeszcze tylko do końca rozdziału, a, o ile oderwiesz się od niej, emocje i tak do rana nie pozwalają ci zmrużyć oka.

Pozostając w tematach narciarskich, gdy rano wychodzisz na stok, śnieg jest idealnie przygotowany i w ciszy zjeżdżasz w dół, a spod nart słyszysz tylko delikatny szum, jakby narty sunęły po sztruksie, to wiesz, że żyjesz. I tak to właśnie jest z “Jak zawsze”. Suniesz po literazc jak po sztruksie. A niby przy okazji dokonujemy analizy historii, kraju, miłości, człowieka, miasta. Z humorem, satyrą i ciętą ripostą skierowaną do świata.

Ależ to natura genialnie wymyśliła – wystarczy wyjść na słońce i człowiek zdrowy, wyspany i szczęśliwy. Szkoda tylko, że nie przewidziała, że jedno z ludzkich plemion w jakimś samobójczym pędzie postanowi osiedlić się w Polsce i będzie tu trwało uparcie w najbardziej kurewskim miejscu planety, gdzie geografia, fizyka i meteorologia sprawią, że słońca albo zwyczajnie nie ma, albo go nie widać, gdyż jest zasłonięte mokrą, brudną, szarą szmatą. A ludzie chodzą ledwo żywi z wściekłości, ponieważ są jednocześnie niewyspani (niedobór melatoniny), zgoszkniali i smutni (niedobór serotoniny) oraz cierpiący na wieczne katary, przeziębienia i bóle zębów (niedobór witaminy D). Tak naprawdę, powinniśmy się wszyscy spakować, wyjechać gdziekolwiek bądź, żeby zażywać szczęścia w słońcu i sprzedać komuś ten mroczny ugór na poligon do testowania broni atomowej.

Zamiast Lonely Planet

Czytając „Jak zawsze” miałam ochotę wsiąść do pociągu do Warszawy, wysiąść na Dworcu Centralnym, otworzyć książkę na dowolnym fragmencie i zacząć spacerować według niej. Jest kilka takich książek. “Cień wiatru”, według którego chodziłam po Barcelonie. “Barbarzyńca w ogrodzie”, z którym zwiedzałam Sienę. “Jak zawsze” jest przewodnikiem po miejscach, wyjątkowych małych punktach Warszawy. Więc może czas na spacer…