Ostatnia prosta przed świętami. W galeriach tłumy. Na bazarkach tłumy. Wszędzie spóźnieni kurierzy… U mnie remont pełną parą. Nie ma choinki nawet najmniejszej, choć u sąsiada już świeci w ogrodzie zimnym granatem. Nie ma dekoracji i nie wiem, szczerze powiedziawszy, czy w ogóle w tym roku jakieś będą.


Takie myśli goniły mnie do wigilijnego wieczoru. Jeszcze pakowałam prezenty, gdy na stół wjeżdżały pierwsze potrawy. Wszystko było spóźnione i nie tak…

Nie miałam czasu na pierniczki. Były w szybkiej wersji, bez leżakowania i czekania na przemianę skały w ciastko. Magia świąt mnie nie dopadła i nie dopadnie. Ani ta komercyjna, ani ta prawdziwa. Dlaczego? Bo do świąt trzeba się przygotować. Dorosłam do tego, że co innego w życiu się liczy. Nie prezenty i dekoracje, nie zaś sztuczna magia świąt.

Gdy pierwsza Gwiazdka

Wszystko zmieniło się, gdy usiadłam do wigilijnego stołu. Jeszcze mama soczyście skwitowała nasze spóźnienie. Jeszcze tata dodał kilka słów. Wtedy wszystko przestało być ważne. Tylko ci, którzy dookoła mnie stanowili dla mnie wartość. Spędziliśmy razem czas, opowiadając, jedząc i po prostu będąc razem. Po kolacji otwarliśmy prezenty i widać było, że bardziej niż z tych, które dostaliśmy, cieszymy się z reakcji innych na to, co im daliśmy.

Nie wszystko poszło gładko, nie wszystko trafiło w gust, ale czy to ważne? Czy to ważne, że rozmiar nie ten, i model mógłby być inny? Czy to istotne, że ciasto nie było idealne? I jak zawsze było za dużo wszystkiego?

Grinch – świąt nie będzie

W bożonarodzeniowy poranek, jak co roku zasiedliśmy z Panią Córką i Panem Mężem do wspólnego oglądania Grinch świąt nie będzie. Przez dwie godziny oglądaliśmy film, który znamy na pamięć. Zajadaliśmy się ciasteczkami, których smak nie zmienia się ani o jotę. Najważniejsze jednak było to, że byliśmy razem. Wspólnie spędziliśmy czas, robiąc coś, może nieistotnego i nie najważniejszego, ale dla nas tradycyjnego był magiczny.

Dla innych

W nie popularnej tendencji w te święta znalazłam chwilę, by zastanowić się nad tym ile mam szczęścia, bo moim bliscy są razem, jesteśmy bezpieczni, cieszymy się pokojem i wolnością. Mogłam, bo nie musiałam się o nic martwić. I mam nadzieję, że kiedyś puste miejsca przy stole znikną, nie będą tylko tradycją, figurą retoryczną. Mam nadzieję, że zajmie je ktoś, kto tego potrzebuje, a ja, my, wszyscy będziemy gotowi zrobić z niego mądry użytek.

Po co są te święta?

 

Od lat ograniczam listę świątecznych zakupów i tak też było tym razem. Bardziej od zadłużenia, wolę kredyt zaufania moich bliskich, czas spędzony z nimi przy wspólnym stole. Zastawiony sałatkami, plackami i talerzykami. Śmiechem i wspomnieniami. Radością i miłością. Wierzę w ludzi, w ich dobro i tradycję. Wierzę, że to, co sobie przez wieki przekazują, jest ważne.

I marzę o tym, że kolejne święta upłyną mi już z dala od dylematów mieć czy być. I dam się ponieść duchowi świąt!